Przyjeżdża orkiestra - recenzja
Historia niby zwyczajna. Oto policyjna orkiestra z jednego kraju, przyjeżdża do sąsiedniego z koncertem. Tyle, że gdy wspomniana orkiestra pochodzi z Egiptu, a kraj docelowy to Izrael, sytuacja już nie jest przeciętna.
I oto zjawia się Policyjna Orkiestra z Aleksandrii by zagrać koncert dla Żydów. Tyle, że zamiast trafić do położonej niedaleko Tel Awiwu, sporej jak na Izrael, dwustutysięcznej Petah Tikwy, muzycy przez przypadek docierają do… Beit Hatikwy, zapadłej dziury (lub jak mówi jeden z mieszkańców tej miejscowości ,,cholernego zadupia”), pośrodku pustyni Negew. Mało tego, okazuje się, iż już w tym dniu, nie ma możliwości wydostania się z tej praktycznie wyludnionej miejscowości, więc ośmioosobowa orkiestra jest zmuszona spędzić tu noc. A nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, iż nie ma tu żadnego hotelu. Z pomocą przychodzi właścicielka niewielkiej restauracji, która oferuje nocleg u siebie i swoich znajomych. Członkowie orkiestry muszą więc spędzić sporo czasu z pozornie obcymi (by nie powiedzieć wrogimi) ludźmi…
W tym skromnym filmie, nie ma zbędnego patosu i moralizatorstwa. Nie ma polityki, ekumenizmu i nawoływania do pojednania. Ani razu nie padają słowa ,,Żyd”, ,,pokój” czy ,,wojna”. Są za to ludzie. Ich problemy, kompleksy, rozczarowania, tęsknoty i nadzieje. A te nie mają przecież narodowości. Bohaterowie tej opowieści, aby się porozumieć muszą używać języka angielskiego, jednak gdy młody, zakompleksiony Izraelczyk, pyta się jednego z członków egipskiej orkiestry, jak to jest być z kobietą, ten mu odpowiada, ale po… arabsku. Piękna to scena, gdy pomimo tego, że Izraelczyk nie zna arabskiego, to sprawia wrażenie, iż pojął uczucia zawarte w wypowiedzi doświadczonego seksualnie muzyka.
Inna znamienna rzecz. Pod koniec filmu, izraelska właścicielka restauracji zwierza się szefowi orkiestry, iż jak była mała, w telewizji często leciały filmy arabskie. W każde piątkowe popołudnie, ulice Izraela pustoszały, właśnie przez filmy arabskie. Ona, jej matka i siostra, oglądając te filmy roniły rzewne łzy. Wszystkie na zabój zakochały się w Omarze Sharifie. Wszystkie żyją tą miłością… Nie po raz pierwszy okazuje się, iż to co łączy ludzi różnych kultur i przełamuje stereotypy, to uczucia, osobiste niepowodzenia i tęsknoty za odmianą losu. Jakże banalne ale jakże autentyczne.
Ten oszczędny, ciepły, melancholijny ale nie pozbawiony humoru debiutancki film, zdobył już liczne nagrody, między innymi nagrodę publiczności na 23. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Co ciekawe, obraz nie został przyjęty jako kandydat do Oscara w kategorii film zagraniczny, z powodu tego, iż zbyt duża cześć dialogów odbywa się po angielsku. Zupełny absurd.
I ostatnia rzecz. Nazwę wymyślonej na potrzeby filmu, niewielkiej miejscowości Beit Hatikwa, można przetłumaczyć jako ,,Dom nadziei”. Dodajmy, nadziei nie tylko na zrozumienie innej kultury, ale – a może przede wszystkim – nadziei na odmianę losu. Prawdziwie ludzkiego.
,,Przyjeżdża orkiestra” (Bikur Ha-Tizmoret). Izrael, Francja, USA 2007.
Reż. Erin Kolirin.
Scen. Erin Kolirin.
Występują: Sasson Gabai, Ronit Elkabetz, Saleh Bakri i in.


Snajper