Australia bez paliwa? Dobra mina do złej gry
Australia nie musi jeszcze reglamentować paliwa i nie ma powodów do paniki, ale sytuacja jest trudna, a w najbliższych miesiącach będzie jeszcze gorzej. W takim skrócie można opisać orędzie do narodu wygłoszone przez premiera Anthony’ego Albanese, który wbrew intencjom raczej nie uspokoił Australijczyków.
Szef australijskiego rządu w swoim wystąpieniu odniósł się do skutków wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Albanese zaapelował do społeczeństwa o zachowanie spokoju i o skupienie się na przygotowaniach do świąt wielkanocnych, jednocześnie zalecając Australijczykom oszczędzanie paliwa poprzez dojeżdżanie do pracy komunikacją publiczną. Dzięki temu ma być ono nadal dostępne dla tych sektorów gospodarki, które nie mogą bez niego w ogóle funkcjonować.
Na razie władze w Canberrze nie zamierzają odgórnie racjonalizować paliwa, choć w opinii premiera nadchodzące miesiące będą bardzo trudne. Według Albanese rządzący mogą na przykład wprowadzać rozwiązania pokroju dalszej obniżki akcyzy czy zwolnienia aut ciężarowych z opłat drogowych, ale nie są w stanie ochronić całej gospodarki przed skutkami kryzysu w Zatoce Perskiej.
Autopromocja
Telewizyjne orędzie lidera Australijskiej Partii Pracy (ALP) nie spotkało się z ciepłym przyjęciem polityków opozycji i dziennikarzy. Media chętnie pokazywały reakcję popularnego prezentera australijskiego oddziału telewizji Sky News, Andrew Bolta, który określił wystąpienie Albanese „całkowicie bezwartościowym” i uznał je za „darmową rządową reklamę”.
Centrolewicowy rząd nie przedstawił właściwie żadnych nowych rozwiązań, bo środki zaradcze zapowiedziane przez premiera były znane już wcześniej. Przede wszystkim zaś Albanese wysłał całkowicie sprzeczne sygnały do społeczeństwa. Z jednej strony mimo trudnej sytuacji ma ono nie panikować, z drugiej powinno już wprowadzać odpowiednie oszczędności.
Opozycyjni politycy opowiadają się zaś za bardziej zdecydowanymi działaniami. Przypominają oni, że inne państwa regionu Azji i Pacyfiku w ubiegłym tygodniu narzuciły pewne ograniczenia, choć mają większe rezerwy paliwa od Australii. W tym kontekście przywoływane są głównie przykłady Japonii i Korei Południowej. Oba państwa poza wykorzystaniem swoich awaryjnych zasobów wprowadziły limity cen paliwa albo dopłaty do jego zakupu. Republika Korei dodatkowo ogłosiła stan alarmowy w zakresie dostępu do ropy naftowej.
Prawicowe ugrupowania uważają, że skutecznym sposobem na ograniczenie skutków zakłóceń w łańcuchu dostaw byłoby wykorzystanie własnych surowców. Narodowa Partia Australii (NPA) opowiada się za zapewnieniem państwu bezpieczeństwa energetycznego poprzez wydobycie węgla i uranu. ALP z powodu polityki klimatycznej nie chce jednak inwestować w technologie wytwarzające paliwa płynne właśnie z węgla.
Nie pierwszy raz
Państwo położone na antypodach nie pierwszy raz ma do czynienia z kryzysem energetycznym. Australia, tak jak zresztą cały świat zachodni, zmagała się z nim w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy doszło do dwóch szoków naftowych. Ceny ropy naftowej w Australii wzrosły wówczas o prawie jedną czwartą, a inflacja sięgała poziomu 18 proc.
Dziennik „The Guardian” przypomina, że w tamtym okresie skutki kryzysu naftowego wywołanego przez państwa arabskie można było zniwelować. Australia była w stanie zaspokajać ponad dwie trzecie swoich potrzeb dzięki wydobyciu krajowych zasobów ropy naftowej, gdy aktualnie jest ona w blisko 90 proc. uzależniona od importu surowca z innych państw. Na początku XXI wieku kilka rafinerii zostało bowiem zamkniętych, ponieważ rynek został przejęty przez Singapur.
Dodatkowo obecny kryzys jest dużo poważniejszy od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Australia w związku ze swoją sytuacją może być więc zmuszona do podjęcia radykalnych kroków. Po irańskiej rewolucji islamskiej australijski rząd zdecydował się wprowadzić racjonowanie dostępu do benzyny. Być może ograniczenia będą musiały nawet przypominać te wprowadzone w czasach II wojny światowej.
Cisza przed burzą?
Jak już wspomniano, na razie władze w Canberrze starają się obniżać ceny ropy naftowej poprzez zmniejszanie akcyzy. Dodatkowo rządzący wprowadzili pożyczki bez odsetek dla sektorów najbardziej dotkniętych skutkami blokady Cieśniny Ormuz przez Iran. Są one skierowane głównie do przedsiębiorstw i rolników oraz producentów paliw i nawozów, a łącznie na ten cel gabinet Albanese przeznaczy blisko miliard dolarów australijskich.
Rządzący socjaldemokraci starają się w ten sposób uspokoić nastroje konsumentów, mimo że ich deklaracje raczej stoją z tym w sprzeczności. Dotąd zaledwie kilku premierów Australii wykorzystało możliwość wygłoszenia orędzia do narodu, co samo w sobie wskazuje na powagę sytuacji. Mało uspokajające są również deklaracje ministra skarbu Jima Chalmersa, prognozującego wzrost inflacji do poziomu z czasów pandemii koronawirusa.
Australijscy komentatorzy z tego powodu twierdzą, że wraz z rozwijaniem się kryzysu rządzący będą musieli wprowadzać bardziej radykalne ograniczenia. Już kilkanaście dni temu spekulowano na temat możliwości przejścia Australijczyków na formy pracy zdalnej, a także wprowadzenia darmowej komunikacji publicznej. Kwestie ograniczeń były omawiane przez premiera federalnego z szefami rządów stanowych, ale nie podjęto żadnych wiążących decyzji. Z wypowiedzi Albanese wynika, że chciałby zrzucić odpowiedzialność za decyzje o wprowadzanie tego rodzaju środków na władze regionalne.
Szef australijskiego rządu sam chce wykorzystać obecną sytuację do wprowadzenia nowych reform. Sytuacja na Bliskim Wschodzie ma przemawiać za „bardziej ambitnym” budżetem federalnym oraz za zmianami w podatkach. Dodatkowo Australia rozszerza swoją współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa z krajami regionu. Od wpływu nowego kryzysu paliwowego na portfele Australijczyków w długoterminowej perspektywie nie da się jednak uciec.
Maurycy Mietelski



Australia bez paliwa? Dobra mina do złej gry
Azerbejdżan kontra Zachód
Skandal zamiast promocji. Nie o to chodziło Emiratom
Algieria korzysta na kryzysie energetycznym