Maciej Konarski: Kogo NATO boi się najbardziej?
NATO nie jest dziś w stanie wybrać swego szefa bez kremlowskiego błogosławieństwa, a sojusznicza solidarność staje się z roku na rok coraz słabsza. Problemem jest jednak nie tyle słabość samego Sojuszu, co duchowa kondycja jego przywódców.
Informacje z ostatnich dni nie pozostawiają raczej wątpliwości, że Radosław Sikorski będzie musiał się pożegnać z marzeniami o stanowisku Sekretarza Generalnego NATO. Nie jest to wielkie zaskoczenie i zapewne można znaleźć wiele przyczyn jego porażki. Mnie osobiście najbardziej poraziły jednak dochodzące od kilku miesięcy sygnały, że to otaczająca Sikorskiego „aura rusofobii” uniemożliwi mu uzyskanie stanowiska szefa Sojuszu. Wygląda więc, że najpotężniejszy ponoć sojusz militarny świata nie jest w stanie wybrać swego szefa bez kremlowskiego błogosławieństwa.
Waszyngton i główne mocarstwa Europy zdają się w tej sytuacji stawiać na duńskiego premiera Andersa Fogha Rasmussena. Sęk w tym, że i Duńczyk może się dla co poniektórych okazać nie do strawienia. Rasmussen odmówił bowiem publicznego pokajania się, gdy prasa w jego kraju opublikowała karykatury Mahometa, a co więcej, śmiał kwestionować europejskie aspiracje Turcji. Przed przywódcami natowskich państw stanął więc nie lada dylemat: czy lepiej rozgniewać Moskwę, czy muzułmańskich radykałów, których nie brakuje przecież nawet na przedmieściach ich własnych stolic? A może lepiej poszukać trzeciej drogi?
Przerysowany obraz? Być może. Możliwe również, że racje mają ci, którzy argumentują że Sekretarz Generalny NATO powinien być osobą bardziej koncyliacyjną niż Sikorski. Problem sięga jednak dalej. Jak wytłumaczyć bowiem fakt, że po 10 latach od naszego przystąpienia do Sojuszu, z obawy przed drażnieniem Rosji, NATO nie zdobyło się nawet na opracowanie hipotetycznych planów obrony Polski? Jak wyjaśnić długie opory przed zapewnieniem ochrony przestrzeni powietrznej nowo przyjętych do NATO krajów nadbałtyckich? Jak wytłumaczyć postawę francuskiego ministra obrony, który bez żenady przyznaje, że wszelkie rozszerzenie NATO, w tym o Gruzję i Ukrainę, nie może nastąpić bez porozumienia z Rosją? Jak wyjaśnić sytuację w Afganistanie, gdzie niemieccy czy włoscy żołnierze nie mogą wyściubić nosa ze swych baz, gdy niedaleko giną ich amerykańscy czy kanadyjscy koledzy? Ja widzę tylko dwie odpowiedzi – ślepota i tchórzostwo.
Trudno bowiem inaczej niż ślepotą nazwać wiarę, że rządzona przez kagiebistów Rosja jest partnerem przewidywalnym i godnym zaufania. Wiarę, że państwo który eksterminuje zbuntowaną republikę, najeżdża zbrojnie sąsiedni kraj i popiera separatyzmy w pozostałych można uczynić jednym z głównych filarów europejskiego bezpieczeństwa. Trudno też nie dostrzec krótkowzroczności w przekonaniu wielu Europejczyków, że konflikt w Afganistanie to daleka „amerykańska wojna”, która nas nie dotyczy.
Wydaje się jednak, że to głównie tchórzostwo jest przyczyną tej ślepoty. NATO traci swą siłe, gdyż dekady pokoju i dobrobytu rozleniwiły Zachód - pozbawiły go ducha i determinacji (lub też czegoś innego, ale może darujmy sobie kolokwializm). W rządzonej przez kawiorową lewicę bądź pseudoprawicę Europie dominuje dziś wiara w „dialog”, „partnerstwo”, „konsensus”, a zwłaszcza w cudowną moc papieru, na którym zapisuje się rozmaite deklaracje czy komunikaty końcowe. W Berlinie, Londynie czy Paryżu nikt nie ma dziś zamiaru narażać na szwank świętego spokoju czy okazji na dobry interes. A już na pewno nikt nie ma ochoty przesadnie ryzykować dla ubogich krewnych ze wschodu, którzy uroili sobie, że też są Europejczykami. Dla Waszyngtonu z kolei, Europa staje się powoli regionem o drugorzędnym znaczeniu (zwłaszcza w porównaniu z Bliskim Wschodem lub Azją). W tej sytuacji natowska solidarność staje się towarem deficytowym.
Najgorsze jednak, że miękkie zapisy artykułu V Paktu Północnoatlantyckiego bynajmniej nie zobowiązują sojuszników do przyjścia komukolwiek ze zbrojną pomocą. Zapis „udzieli pomocy (…) podejmując natychmiast (…) taką akcję, jaką uzna za konieczną” można interpretować tak szeroko, jak stąd do Władywostoku. Nie było to może aż tak ważne w czasach Zimnej Wojny gdy Zachód był zjednoczony wobec sowieckiego zagrożenia, lecz staje się poważnym problemem w Europie AD 2009, rządzonej przez pacyfistów z Pokolenia ’68.
Co natomiast mamy w zamian? Na razie niemrawą dyskusję nad nową koncepcją strategiczną Sojuszu. Jeśli co po niektóre jej założenia zostaną zrealizowane, to możemy się spodziewać przekształcenia najpotężniejszego sojuszu militarnego świata w klub dyskusyjny, w którym będzie się debatować nad sposobami ochrony członków NATO przed zagrożeniem ze strony hakerów lub topniejących lodów Arktyki.
NATO starcza dziś determinacji na bombardowanie niemal bezbronnej Serbii lub ściganie pirackich okręcików u wybrzeży Somalii. W obliczu rzeczywistego zagrożenia (i nie musi być nim wcale ta nieszczęsna Rosja) test wcale nie musi wypaść dla Sojuszu pozytywnie. Otumaniony dobrobytem i pacyfizmem Zachód znajdował się już raz w podobnej sytuacji – w latach 30. XX wieku – i otrząsnął się dopiero, gdy było już prawie za późno. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w razie najgorszego nie znajdziemy się tak jak wtedy znów na pierwszej linii frontu.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje