Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Artur Perchel: From Belgium with love


11 kwiecień 2011
A A A
W pożodze libijskiej rewolucji coraz więcej ekspertów dopytuje się o rzeczywiste pochodzenie broni po obu stronach barykady. Bo na pewno z Rosji, z Chin, także z Francji. Ale czy tylko? Ostatnie zdjęcia z libijskiego frontu potwierdziły najgorsze przypuszczenia. Niby nic: Benghazi, antyrządowy powstaniec, wycieńczony, pochmurny, gestykuluje prężąc się do kamery. W rękach trofeum zdobyte na armii Kadafiego: lekki karabin maszynowy FN 303, made in Belgium. „To szokujące, że nasza broń trafiła w niepowołane ręce. To musi oznaczać zerwanie kontraktu” – nerwowo wyjaśnił waloński minister-prezydent Rudy Demotte tuż przed wzięciem go przez media na celownik. Niespełna przed paroma tygodniami wyszło bowiem na jaw, że walońsko-libijski kontrakt zbrojeniowy z 2009 r., opiewający na sumę 11.5 miliona euro, okazał się fiaskiem. I to jakim! Kontrakt przewidywał eksport lekkiej broni i amunicji przeznaczonej dla elitarnych jednostek wojskowych ochraniających konwoje pokojowe w drodze do Darfuru. Wyszło jednak inaczej.

Chociaż sam kontrakt doszedł do skutku, broń i amunicja wcale nie trafiły na wyłączność patroli humanitarnych. Karabiny i pistolety walońskiego przedsiębiorstwa FN Herstal (Fabrique Nationale d'Herstal, albo FN) – które od 1997 r. w całości należy do rządu Regionu Walonii – okazały się być niezawodne również w rękach libijskiej armii, strzelającej już od trzech miesięcy do głodnych wolności powstańców. I chociaż do obywateli w Libii strzela się obecnie czym popadnie, to jednak pojawienie się na froncie właśnie belgijskiej broni jest sprawą bez precedensu. ‘Naboje są znakowane. Możemy zatem sprawdzić, czy rzeczywiście zostały bezprawnie użyte, czy też nie’ dodał Demotte, nakazując jednocześnie belgijskiej ambasadzie w Trypolis zbadanie całej sprawy. Nie trudno się jednak domyślić, jaką odpowiedź da walczący o życie i utrzymanie systemu Kadafi.

Warto pamiętać, że zakłady FN nie pojawiły się w wielkim świecie przemysłu zbrojeniowego przypadkiem. Wręcz przeciwnie. Tradycja La Fabrique Nationale związana jest z prężnym przemysłowo regionem Liège i sięga jaszcze końca XIX wieku, kiedy to zakład dostarczał państwu belgijskiemu strzelb na licencji Mauzera. W późniejszym czasie, po udanej kooperacji ze sławnym Johnem Browningiem, wchłonięciu zakładów Winchestera, a także po serii tramwajów, silników Rolls Royce’a oraz bardzo popularnych motorów, FN skupiła się wyłącznie na produkcji zbrojeniowej. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie upolitycznienie przedsiębiorstwa pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to, ten dochodowy, bo przynoszący około 315 milionów euro rocznie zakład, został w całości przejęty przez rząd regionu walońskiego, kontrolujący FN poprzez własną spółkę holdingową SoGePa (Société wallone de Gestion et de Participations des entreprises).

Nic dziwnego, że już w kilka dni po wypłynięciu całej afery na jaw, rząd waloński podjął szybką decyzje o reformie wydawania licencji na eksport broni. Głównym założeniem reformy jest, przede wszystkim, bardziej szczegółowa lustracja umów z krajami o niestabilnej sytuacji politycznej. Skąd jednak ten pośpiech? Otóż okazało się również, ze nie kto inny jak sam minister-prezydent Demotte grał kluczową rolę w doprowadzeniu transakcji z Libijczykami do finału. Co więcej,  zlekceważył on nawet oficjalny sprzeciw złożony przez Francuskojęzyczna Ligę Praw Człowieka na ręce belgijskiej Rady Stanu. Aby tego było mało, w czasie podpisywania umowy, rząd Demottego był rządem tymczasowym (ned. de regering van lopende zaken; fr. le gouvernement provisoire) i nie miał prawa – według późniejszego orzeczenia Rady Stanu – sfinalizować całej transakcji. Według Rady, rząd nie posiadał również dostatecznej wiedzy na temat rzeczywistego odbiorcy broni.   

Dmuchając na zimne, również i rząd Regionu Flandrii wziął własny eksport broni pod lupę. ‘Żadna umowa zbrojeniowa z krajami, które obecnie doświadczają rewolucji społecznych, nie jest aktualnie realizowana’ przyznał flamandzki minister-prezydent Kris Peeters na plenarnym zgromadzeniu Parlamentu Flamandzkiego. Peeters dodał także, że będzie dążył do wprowadzenia specjalnego dekretu zawierającego szczegółowe przepisy dotyczące wydawania licencji oraz eksportu flamandzkiej broni tak, by nie dopuścić do uzbrajania niestabilnych dyktatur, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie.

W porównaniu w Walonią, Flandria specjalizuje się głównie w tzw. killer technology, czyli zbrojnym high-tech’u i podzespołach do większych układów. Mimo to, jeszcze w 2009 r., rząd wydał licencję na eksport broni do Zjednoczonych Emiratów Arabskich o łącznej wartości blisko 18 milionów euro. Wcześniej zaś, podobne kontrakty zawarto choćby z Bahrajnem czy Omanem. A to jeszcze nie koniec. Momentalnie, flamandzki eksport zbrojeniowy, podzielony między czterech głównych graczy – firmy Barco, OIP Sensor Systems, EADS oraz Varec – przeżywa prawdziwą hossę. Kiedy w 2005 r. równowartość wszystkich kontraktów zbrojeniowych z zagranicą sięgnęła sumy 155 milionów euro, cztery lata później było to już około 282 milionów, zaś w roku ubiegłym aż 320 milionów. Również eksport na Bliski Wschód sięgnął w 2010 r. zenitu. Sprzedaż broni od Turcji po Irak oszacowano na 30.6 miliona euro, podczas gdy w 2009 r. wartość bliskowschodnich kontraktów opiewała niespełna na 9.3 miliona euro. W porównaniu z całkowitą wartością wszystkich europejskich kontraktów zbrojeniowych na Bliski Wschód – 9.5 miliarda euro – flamandzki eksport to jedynie kropla w morzu wojny. A jednak zarówno Walonia, jak i Flandria nie chcą brać odpowiedzialności za wydane przez siebie licencje.

Każdy z rządów daje jasno do zrozumienia, że nie ma ostatecznego wpływu na to, do czyich rąk trafia broń wyprodukowana w ich regionach. Co więcej, w Belgii nie ma obowiązku wymagać tzw. End-user certificate, jak to ma miejsce w innych europejskich krajach. Nils Duquet z Flamandzkiego Instytutu Pokojowego (Vlaams Vredesinstituut) zakłada nawet, że aż 75 proc. broni eksportowanej z Flandrii nie zna ostatecznego odbiorcy. Z tego też powodu, wiele z flamandzkich produktów zbrojeniowych trafia za pośrednictwem USA do Izraela, choć sam eksport broni do tego kraju jest w Belgii zakazany. Podobnie rzecz ma się z Wielką Brytanią, która odsprzedała niedawno nowo zakupioną serię pojazdów opancerzonych flamandzkiej firmy Mol do Arabii Saudyjskiej. Kilka tygodni temu, te same pojazdy sunęły już autostradą w sile kilkudziesięciu w celu udzielenia ‘bratniej pomocy’ walącemu się bahrajńskiemu reżimowi.

Zgadza się: nawet jeśli odbiorcą kontraktu jest oficjalne przedstawicielstwo sektora zbrojnego, bądź w najlepszym wypadku ministerstwo obrony danego państwa, to i tak trudno przewidzieć, gdzie ładunek ostatecznie trafi. Jednak czy tak ryzykowną grę należy w ogóle prowadzić? I czy hipokryzja dbających o wizerunek i lokalne miejsca pracy polityków nie zna granic? Poza tym, gdzie podziała się ta wielce hołubiona przejrzystość, która, gdzie jak gdzie, ale w przemyśle obronnym winna być szczególnie obecna? Od kilku już lat, Flamandzki Instytut Pokojowy, wraz z zielonymi (Groen!) i socjalistami (SP.A), prowadzi szeroką kampanię przeciw frywolnemu eksportowi broni. Również i po ostatnim skandalu z La Fabrique Nationale, Zieloni przedstawili nowy tekst dekretu o eksporcie broni, który kładzie nacisk właśnie na osobę ostatecznego odbiorcy oraz ogranicza rolę możliwych pośredników.

W samym 2009 r. Region Walonii oraz Region Stołeczny Brukseli podpisały umowy na eksport broni do Libii o łącznej wartości 22.3 miliona euro. Flandria z kolei nie zawarła z Libią żadnego kontraktu zbrojeniowego od początku 2003 r. „Obawy, które istniały w czasie zatwierdzania kontraktu okazały się jednak podstawne” przyznał ostatecznie w jakiś czas po aferze waloński minister-prezydent. I cóż z tego! „Demotte stoi z gołym tyłkiem na wietrze” kwituje krótko niderlandzkojęzyczna  prasa.


Przy opracowywaniu niniejszego artykułu, autor korzystał z informacji i danych przedstawionych w prasie belgijskiej, m.in. w „De Standaard”, „Metro” oraz „Le Soir”.