Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Natalia Wojciechowska: Finansowe szaleństwo kampanii prezydenckiej w USA


05 listopad 2008
A A A

Obecna kampania wyborcza w USA zasługuje na miano przełomowej nie ze względu na jej gigantyczne koszty, lecz z powodu rewolucyjnych zmian w systemie finansowania akcji wyborczej i organizowania politycznego poparcia. 

Wzrost wydatków na kolejne kampanie prezydenckie jest już tradycją, z której amerykańscy politycy nie wyłamali się także w tym roku. Szacuje się, że wydatki poniesione przez wszystkich kandydatów przekroczyły 1,5 mld dol. Ale obecna kampania zasługuje na miano przełomowej nie ze względu na jej gigantyczne koszty, lecz z powodu rewolucyjnych zmian w systemie finansowania akcji wyborczej i organizowania politycznego poparcia.

W ciągu ostatnich ośmiu lat koszt prowadzenia kampanii prezydenckiej wykazywał stałą tendencję: z elekcji na elekcję była ona coraz droższa, przeciętnie o 50 proc. W 2000 r. całkowite wydatki wyniosły 650 mln dol., w 2004 r. ponad 1 mld dol., a w tym roku może to być nawet 2 mld dol. Tamę dla stale rosnących kosztów kampanii i przejrzystość wyborczych finansów miał zapewnić system publicznych dotacji dla kandydatów. Kongres wprowadził go w 1974 r. po aferze Watergate, która uczuliła obywateli na konieczność nadzoru władzy wykonawczej i ograniczenia wpływu wielkiego biznesu w polityce.

Przyjęcie funduszy z budżetu federalnego zobowiązuje kandydata do podporządkowania się przepisom o limitach wydatków i do rezygnacji z pieniędzy od prywatnych darczyńców. Kandydaci bardzo niechętnie więc akceptują federalne środki, ale do czasu Baracka Obamy żaden nie zdecydował się- z powodów politycznych jak i finansowych- by odrzucić dotację na okres generalnej elekcji (finałowy etap kampanii rozpoczynający się wraz z uzyskaniem partyjnej nominacji).
 
Wbrew wcześniejszym obietnicom, że przyjmie federalną dotację jeśli to samo zrobi jego oponent John McCain, Obama latem br. zrezygnował z federalnych pieniędzy. Sukces jego komitetu wyborczego w zbieraniu funduszy od indywidualnych wyborców był tak duży, że przyjęcie 84 mln dol. z budżetu całkowicie mu się nie opłacało. (We wrześniu Obama miał już 660 mln dol. podczas gdy McCain zaledwie 238 mln dol.) Dzięki systemowi internetowych dotacji Obama wydał na kampanię więcej, niż Bush i Kerry razem w 2004 r. Prawie 50% środków zgromadzonych przez komitet senatora z Illinois stanowią małe wpłaty, do 250 dol. Dzięki temu demokrata może utrzymywać, że jego sztab jest faktycznie wspierany przez zwykłych obywateli, a system dotacji on- line rozwiązuje problem wpływu wielkich pieniędzy od grup lobbingowych. Z drugiej strony decyzja Obamy jest sprzeczna z tradycyjnym stanowiskiem demokratów, którzy żądają finansowania kampanii z budżetu federalnego i jednocześnie większej kontroli nad wydatkami. Republikanie nie zmarnowali okazji, by wytknąć przeciwnikowi hipokryzję, ale pod względem politycznym demokrata nie stracił na tym zbytnio. Wielu wyborców wcale nie orientuje się, który z kandydatów skorzystał z publicznego wsparcia, a który je odrzucił. Ponadto od lat rośnie niechęć obywateli do finansowania kampanii wyborczej z budżetu federalnego. Podatnicy wypełniając doroczną deklarację sami decydują, czy chcą przekazać na ten cel 3 dol. ze swojego podatku. Pod koniec lat 70. zgadzało się na to 28 proc. składających zeznanie podatkowe, w 2006 r. niecałe 11 proc.

Decyzja Obamy może być ostatnim gwoździem do trumny systemu publicznych dotacji. W 2004 r. z subwencji w okresie „nominacyjnym” (czyli w czasie prawyborów poprzedzających nominację partyjną) zrezygnowali zarówno Bush jak i Kerry, ale żaden z nich nie zdecydował się na to podczas generalnej elekcji. W tym roku na etapie poprzedzającym generalną elekcję wszyscy poważni kandydaci- z wyjątkiem Johna Edwardsa- odrzucili publiczne pieniądze. Pewne problemy miał z tym McCain. Latem 2007 r. wystąpił o dotację, gdy jego kampanii groziło fianansowe fiasko, a następnie wycofał się z tej decyzji, bo jego komitet wyborczy coraz lepiej radził sobie ze zbieraniem pieniędzy. Rezygnacja Baracka Obamy z publicznej dotacji oznacza prawdopodobnie nieodwracalne przekroczenie granicy, poza którą obecny system nie może dalej funkcjonować. Albo więc upadnie w naturalny sposób, albo czeka go gruntowna reorganizacja, co jest możliwe tylko, jeśli prezydentem zostanie demokrata.

Zwiększanie pieniędzy wydawanych na kampanię paradoksalnie wiąże się z pozytywnymi zmianami w jej finansowaniu. System wpłat internetowych, choć najlepiej sprawdził się u Obamy, był też stosowany przez innych kandydatów. To pozwala przypuszczać, że znaczenie dotacji od zwykłych obywateli będzie rosło w każdych kolejnych wyborach. Taki sam efekt powinny przynieść działania zachęcające do politycznego zaangażowania, które z sukcesem wykorzystał sztab Obamy: szerokie mobilizowanie zwolenników, działania pro- frekwencyjne i namawianie do rejestrowania wyborców wśród etnicznych mniejszości i młodych ludzi, szerokie wykorzystanie internetu do prowadzenia kampanii. Te wszystkie inicjatywy premiują udział zwykłych obywateli i mogą bardziej niż reformy ustawodawcze przyczynić się do redukcji wpływu lobbystów i stowarzyszeń politycznych. 

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.