Dariusz Materniak: Afganistan polem bitwy o polską rację stanu
Członkostwo w NATO jest polską racją stanu, a dzisiejsze wojny rzadko toczą się na granicach państw. Może jednak dojść do sytuacji, w której przywódcy NATO staną przed pokusą przekazania odpowiedzialności w ręce Afgańczyków i zaryzykowania destabilizacji kraju.
Jak można było tego oczekiwać, napięcie w Afganistanie rośnie w miarę zbliżania się daty wyborów prezydenckich. Lipiec był miesiącem, w którym wojska NATO odnotowały jedne z najwyższych strat od początku misji ISAF (70 zabitych). Należy oczekiwać, iż sierpień będzie co najmniej równie trudnym okresem dla wojsk międzynarodowych. Powodem eskalacji napięcia są wspomniane wybory, które pod wieloma względami mogą zaważyć na przyszłości Afganistanu.
Celem ataków partyzantów stali się także polscy żołnierze uczestniczący w misji NATO. O ile w lipcu polskiemu kontyngentowi dopisywało szczęście i straty ograniczyły się do rannych, o tyle w sierpniu w wymianie ognia z talibami zginął kapitan Daniel Ambroziński. W tym samym starciu zostało rannych czterech polskich żołnierzy. Zginęło także ośmiu funkcjonariuszy afgańskich sił bezpieczeństwa, a kilkunastu odniosło rany.
Operacja w Afganistanie jest określana często mianem operacji stabilizacyjnej. Działania tego typu łączą w sobie elementy operacji wymuszania pokoju (zwłaszcza w pierwszej fazie – w przypadku Afganistanu na przełomie 2001 i 2002 roku), operacji utrzymania i budowania pokoju, a także operacji przeciwpartyzanckiej. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na dwa pojęcia określające dwa zasadnicze elementy operacji tego typu. Pierwsze z nich – „stabilizacja” oznacza działania zmierzające do likwidacji oporu sił przeciwnika (powstańców, terrorystów, partyzantów czy też zwykłych przestępców) w celu zapewnienia bezpieczeństwa na obszarze operacji. Drugie z pojęć to „rekonstrukcja” czyli proces przywracania funkcjonowania administracji rządowej, co umożliwia państwu zagwarantowanie bezpieczeństwa obywateli oraz ustanowienie systemu opieki społecznej i struktur gospodarczych funkcjonujących w sposób niezakłócony przez dłuższy okres czasu. Należy zauważyć, iż faza działań pomiędzy zwycięstwem militarnym a zaprowadzeniem trwałego pokoju jest zwykle znacznie dłuższym okresem czasu niż sam czas trwania operacji stricte militarnej, wymaga też zaangażowania, obok środków militarnych także komponentu cywilnego.
Sukces w operacji tego rodzaju, zwłaszcza jeśli chodzi o działania o charakterze przeciwpartyzanckim zależy od wielu czynników, z których warto w tym miejscu wymienić dwa. Po pierwsze, konieczne jest pozyskanie do współpracy miejscowej ludności (tzw. „walka o serca i umysły”). Można ten cel osiągnąć poprzez realizowanie działań na rzecz ludności cywilnej takich jak dostarczanie żywności, lekarstw, budowa szkół i szpitali, ochrona przed partyzantami, którzy zwykle zastraszają mieszkańców i zmuszają do współpracy. Drugim nie mniej ważnym elementem jest aktywna eliminacja oddziałów partyzanckich. W przypadku Afganistanu wymaga to skoordynowanych działań zarówno wojsk międzynarodowych jak i afgańskich sił bezpieczeństwa.
Działania realizowane przez siły międzynarodowe (w tym także Polski Kontyngent Wojskowy) w Afganistanie odpowiadają w założeniu przedstawionemu wyżej schematowi. Realizowane są projekty mające na celu odbudowę Afganistanu. Zajmują się tym Regionalne Zespoły Odbudowy (ang. PRT – Provincional Reconstruction Team). Cały czas rozbudowywane są afgańskie siły bezpieczeństwa – armia i policja, które mają w coraz większym stopniu brać na siebie ciężar walki z talibami.
Przedsięwzięcia mające na celu utrzymanie bezpieczeństwa na obszarze Afganistanu to z jednej strony rutynowe patrole realizowane na powierzonych obszarach (Polacy jak wiadomo odpowiadają za bezpieczeństwo w prowincji Ghazni), z drugiej zaś większe operacje o charakterze ofensywnym. Przykładem takich działań może być realizowana od połowy lipca w Ajristnie operacja pod kryptonimem „Over the Top”, oraz operacja „Clean Space” przeprowadzona w dystrykcie Rashidan. Celami podobnych operacji są zwykle obszary, gdzie obserwuje się nasiloną aktywność elementów wrogich, a aktywność sił międzynarodowych dotąd była niewielka. Polegają one na obsadzeniu strategicznych punktów wewnątrz danego obszaru, a także organizacji posterunków na jego obrzeżach (w celu monitorowania ruchu wokół obszaru operacji i eliminacji ewentualnych grup partyzantów usiłujących wydostać się z zagrożonego rejonu). Działania te często realizowane są w nocy, tak aby uzyskać maksymalny stopień zaskoczenia przeciwnika, najczęściej z wykorzystaniem śmigłowców umożliwiających szybkie przemieszczanie się w trudnym terenie. Ważnym elementem takich działań są także zespoły CIMIC (ang. Civil Military Cooperation – Współpraca Cywilno – Wojskowa), które zajmują się dystrybucją pomocy humanitarnej wśród ludności cywilnej.
Siły ISAF realizujące w Afganistanie operacje w ramach misji NATO w tym kraju muszą mierzyć się z poważnymi trudnościami. Warto przyjrzeć się im analizując ostatni incydent w którym zginął polski żołnierz.
Zaatakowany przez Talibów patrol liczył kilkadziesiąt osób, w tym kilkunastu Polaków. Resztę stanowili funkcjonariusze afgańskich sił bezpieczeństwa: Armii i Policji. Wspólne akcje są z jednej strony formą szkolenia lokalnych sił bezpieczeństwa i przygotowują je do przejęcia odpowiedzialności od wojsk międzynarodowych. Z drugiej jednak strony prowadzenie tego rodzaju operacji pociąga za sobą określone ryzyko; przede wszystkim chodzi tu o możliwe przecieki informacji na temat mających odbyć się operacji przeciwko partyzantom. Nie jest tajemnicą, iż talibowie najprawdopodobniej posiadają informatorów wśród funkcjonariuszy afgańskiej policji i armii. Jak sugerują niektórzy eksperci, przygotowana na patrol zasadzka mogła być efektem takiego właśnie przecieku.
Rozpoznanie terenu operacji w kraju o takich warunkach naturalnych jak Afganistan jest poważnym problemem, pomimo wysokiego stopnia zaawansowania technologicznego jaki prezentują wojska NATO. Wydaje się, iż czynnik ten zawiódł także i w tym przypadku. Według informacji MON oddział partyzancki który zaatakował afgańsko – polski patrol liczył od 50 do 100 talibów. Trudno w tej chwili ocenić jak to się stało, iż tak silne zgrupowanie przeciwnika pozostało niewykryte aż do ostatniej chwili. Tak czy inaczej (na co zwrócił uwagę m.in. rzecznik rządu Paweł Graś) Polski Kontyngent Wojskowy w Afganistanie nie posiada własnych środków rozpoznawczych. Chodzi tu głównie o samoloty bezzałogowe typu Predator. Znajdujące się na wyposażeniu WP samoloty typu Orbiter są zbyt małe i mają zbyt mały zasięg by w pełni zaspokajać potrzeby polskiego kontyngentu, liczącego ponad 2 tysiące żołnierzy, którzy codziennie realizują kilkadziesiąt różnych zadań w różnych częściach prowincji Ghazni. Informacje przekazywane przez stronę amerykańską nie zawsze trafiają na czas i do odpowiednich osób. Generał Roman Polko, były dowódca jednostki GROM zwrócił także uwagę na fakt, iż szwankuje współpraca pomiędzy poszczególnymi dowództwami sił międzynarodowych w sąsiednich prowincjach. Należało się spodziewać, iż wobec intensyfikacji działań przeciwko partyzantom, zaczną oni przemieszczać się, opuszczając najbardziej zagrożone rejony. Prawdopodobnie jeden z takich oddziałów zaatakował polski patrol.
Kolejną kwestią która budzi wątpliwości jest wsparcie udzielone zaatakowanym żołnierzom. Polski kontyngent (podobnie jak większość sił NATO) musi polegać na wsparciu sił powietrznych USA. Amerykańskie myśliwce F-16 pojawiły się nad miejscem gdzie zostali zaatakowani Polacy i Afgańczycy w 9 minut od wezwania. Należy zauważyć, iż jest to bardzo dobry czas reakcji, zwłaszcza w przypadku kraju takiego jak Afganistan. Niestety, samoloty nie były w stanie udzielić bezpośredniego wsparcia zaatakowanym (prawdopodobnie dlatego, iż jedynym członkiem patrolu przeszkolonym w zakresie naprowadzania uderzeń lotniczych na pozycje wroga był poległy kapitan Ambroziński). Polskie śmigłowce MEDEVAC (ewakuacji medycznej) Mi-17 pojawiły się na miejscu w półtorej godziny od wezwania, natomiast amerykańskim śmigłowcom szturmowym AH-64 Apache dolot do miejsca ataku zabrał ok. 2,5 godziny. Jak podkreślił generał Bronisław Kwiatkowski, Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych, jest to czas długi tylko teoretycznie – jeśli uwzględni się czas przekazania informacji, startu i dolotu do miejsca zdarzenia. Odpowiedź na nasuwające się pytanie dlaczego nie użyto polskich śmigłowców szturmowych Mi-24 jest dość prosta – były zaangażowane w działaniach w innych częściach prowincji Ghazni. W tym miejscu wniosek nasuwa się sam: polski kontyngent posiada zbyt mało śmigłowców. Na ten fakt zwracają uwagę także przedstawiciele władz i dowódcy sił zbrojnych. Szef Sztabu Generalnego WP generał Franciszek Gągor zapowiedział, iż do Afganistanu mają trafić trzy kolejne śmigłowce Mi-17 oraz kilkanaście transporterów opancerzonych Rosomak. W podobnym tonie wypowiedział się premier Donald Tusk, zwracając uwagę na fakt, iż w Afganistanie potrzeba przede wszystkim więcej sprzętu (decyzja o wysłaniu do Afganistanu 200 – osobowego odwodu strategicznego została odłożona). Z drugiej strony rozwiązaniem problemu czasu dolotu śmigłowców do miejsca incydentu zbrojnego byłoby rozmieszczenie ich w kilku różnych punktach na obszarze prowincji. To jednak wymagałoby odpowiedniej infrastruktury pozwalającej na bazowanie i obsługę techniczną maszyn – a wobec stosunkowo niedużej liczebności kontyngentu rozwiązanie takie jest raczej mało prawdopodobne. Stąd też konieczność polegania na wsparciu ze strony sojuszników (przede wszystkim Amerykanów), którzy dysponują większymi możliwościami w tym zakresie. Warto jednak zwrócić w tym miejscu uwagę na ewentualną konieczność usprawnienia komunikacji i przepływu informacji pomiędzy polskim kontyngentem a jednostkami amerykańskimi.
Inwestycje armii w wyposażenie osobiste żołnierzy (granatniki, noktowizory, kamizelki kuloodporne) przyczyniły się od poprawy stanu bezpieczeństwa. Jednak jeśli chodzi o zakupy najdroższego sprzętu takiego jak śmigłowce (zarówno transportowe jak i szturmowe) czy wspomniane wcześniej samoloty bezzałogowe – w tym obszarze pozostaje wiele do zrobienia. Sprawny transport lotniczy, zwłaszcza przy użyciu śmigłowców ma kapitalne znaczenie dla powodzenia operacji w kraju o takim ukształtowaniu powierzchni i takiej infrastrukturze jak Afganistan. Niewielka ilość dróg sprawia, iż te istniejące odcinki infrastruktury drogowej stają się idealnym miejscem na zorganizowanie zasadzki przez partyzantów. Są także miejsca gdzie zwyczajnie nie można dojechać, gdyż drogi nie istnieją. Rozwiązaniem obu wymienionych wyżej problemów jest właśnie transport śmigłowcowy, który poza większym bezpieczeństwem, zapewnia także czynnik zaskoczenia przy realizacji operacji bojowych.
Minister obrony narodowej Bogdan Klich powiedział podczas spotkania z dziennikarzami, iż polscy żołnierze pozostaną w Afganistanie tak długo jak będzie to konieczne, tj. do momentu w którym sytuacja nie poprawi się na tyle, iż siły afgańskie nie będą w stanie same zapewnić bezpieczeństwa w kraju. Niewątpliwie będzie to długi proces, a próby jego przyspieszenia mogą skończyć się podobnie jak amerykańska polityka „wietnamizacji” wojny w Wietnamie na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia (wkrótce po wycofaniu się wojsk amerykańskich z czynnego udziału w walkach, armia Wietnamu Południowego została szybko pokonana przez komunistyczny Wietnam Północny). Minister Klich podkreślił, iż wycofanie się NATO z Afganistanu byłoby porażką całego Sojuszu, w tym także Polski. Członkostwo w NATO jest polską racją stanu, a dzisiejsze wojny rzadko toczą się na granicach państw. Może dojść do sytuacji, w której przywódcy państw NATO staną przed trudnym wyborem: czy kontynuować zaangażowanie w Afganistanie i ponosić dalsze straty, czy przekazać odpowiedzialność w ręce Afgańczyków i ryzykować destabilizację kraju?
Na podstawie: mon.gov.pl, rp.pl, wp.pl, tvn24.pl
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Stefan Bratkowski nie żyje.
Prezydenci chcą zacieśnić współpracę polsko-słowacką