Joanna Dziuba: Wieczorna wyprawa Lecha Kaczyńskiego
Nieplanowana wizyta prezydenta Kaczyńskiego w regionie Achalgori miała unaocznić światu, jak niebezpieczne jest sąsiedztwo Rosji. Jednak pokazała także, jak nieprzewidywalne są władze Gruzji.
Zgodnie z harmonogramem wizyty, z lotniska zamierzano jechać do pałacu prezydenckiego, następnie koncert w operze, obiad, konferencja prasowa i powrót do Warszawy. Nie wiadomo, kto dokładnie podjął decyzję o zawiezieniu Lecha Kaczyńskiego w region byłej strefy buforowej. Znany jest jednak oficjalny cel – pokazanie warunków życia uchodźców z obszaru konfliktu. Należy jednak poddać w wątpliwość, czy faktycznie to było podstawowym zamierzeniem otoczenia prezydenta Gruzji. Warunki życia uchodźców można bez problemu poznać nie wyjeżdżając z Tbilisi, ponieważ od sierpnia w przedszkolach i szkołach w stolicy przebywają mieszkańcy gruzińskich wiosek z regionu cchinwalskiego (Południowa Osetia). Niestety nie jest to obraz stawiający władze w dobrym świetle, gdyż większości z nich dostarczono minimalną pomoc, umożliwiająca jedynie przetrwanie. Możliwym było również zabranie prezydenta Kaczyńskiego do nowo budowanych osiedli w okolicach Gori lub remontowanych baz wojskowych, do których od połowy miesiąca zaczęli się przeprowadzać uchodźcy – w pełni bezpieczny teren, daleko od rosyjskich i osetyńskich punktów granicznych.
Zastanawia także sam sposób dojazdu. Konwój wyruszył w stronę Achalgori, nazwanego przez Osetyńców Leningori, nie pojechał zaś trasą przez Gori na Cchinwali. Istotnym jest, że oddalone o ok. 30 km od Tbilisi Achalgori jest jednym z terenów, które Gruzja de facto utaciła po sierpniowym konflikcie. Zgodnie z retoryką włach Cchinwali i Moskwy obecnie jest to obszar Południowej Osetii. Na tereny byłej strefy buforowej można dojechać także kierując się na Gori, skąd wybudowana została bardzo dobra trasa w stronę stolicy tego nieuznawanego parapaństwa. Obecnie nie stacjonują na niej żadne wojska i jest w pełni przejezdna aż do Ergneti – ok. 1 km od stolicy Osetii. Tym samym bez problemu można było ominąć okolice Achalgori, gdzie spotkanie z wojskiem rosyjskim i osetyńskim było więcej niż pewne.
Kolejną kwestią jest brak przygotowania samej wizyty. Nie odnosi się to do działalności polskiej ambasady w Tbilisi, lecz przede wszystkim do strony gruzińskiej, która przypuszczalnie była inicjatorem zmiany planów. Wiadomo, że zarówno strona osetyńska jak i Rosjanie stacjonujący na granicy w Achalgori nie zostali powiadomieni o przyjeździe konwoju z dwoma prezydentami. Można jedynie domniemywać, że jeśli taka informacja zostałaby przekazana wcześniej, niedzielna (23.11) sytuacja nie miałaby miejsca. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie wpłynęłoby to na decyzję o wpuszczeniu polityków i tym bardziej dziennikarzy na teren Osetii. Osobna kwestią pozostaje fakt, że, zgodnie z niektórymi informacjami, pomimo odmowy wpuszczenia na teren nieuznawanego przez Gruzje i Polskę parapaństwa, konwój próbował przekroczyć granicę. W takiej sytuacji zrozumiałym było oddanie ostrzegawczych strzałów przez osetyńskie służby stacjonujace przy granicy.
Co więcej zastanawia godzina wizyty. Do incydentu doszło ok. 18:00 gruzińskiego czasu, tym samym zaczynało się już ściemniać. Każdy mieszkaniec byłej strefy buforowej zdaje sobie sprawę, jak niebezpiecznym jest przebywanie na tych terenach w godzinach wieczornych. Znane są przypadki ataków na ludność lokalną i gospodarstwa przez grupy separatystyczne. Dochodzi nawet do porywania ludzi i morderstw. Część z osób, które wracają do domów po sierpniowej wojnie obawia się nocowania przy granicy, dlatego często przyjeżdżają tylko w czasie dnia. Trudno uwierzyć, żeby otoczenie prezydenta nie posiadało informacji na ten temat. Tym samym można podejrzewać, że albo nikt nie przemyślał czasu wizyty, albo była ona celowo dobrana, by sprowokować zaistniałą sytuację.
Analizując „wycieczkę” prezydenta Kaczyńskiego trudno nie odnieść wrażenia, że faktycznym celem nie było zobaczenie warunków życia uchodźców, lecz pokazanie światu nieobliczalności Rosjan, którzy „otwarcie strzelają do prezydentów innych państw”. Za tym przemawia również fakt, że obaj politycy kategorycznie oskarżyli o zajście Rosję, nie zaś Osetię. Dla każdego, kto zna współczesne realia byłej strefy buforowej oraz regionów separatystycznych taki scenariusz wydawał się mało prawdopodobny, ponieważ to zorganizowane separatystyczne grupy przestępcze stanowią główne zagrożenie i często określani są jako „nieobliczalni”. Rosjanie paradoksalnie postrzegani są jako siła trzymająca ich w ryzach. Dzień po incydencie władze Osetii przyznały, że z ich strony padły strzały, jednak miały charakter ostrzegawczy i nie były skierowane w stronę konwoju. Decydując się na podjechanie pod rosyjski punkt kontrolny i próbując go przekroczyć bez zgody żołnierzy należało brać pod uwagę również natrafienie na jedną z takich grup czy nawet wjechanie na pole minowe. Teren byłej strefy nie został jeszcze w pełni odminowany, choć prowadzone są działania w tym zakresie.
Incydent, wbrew zamierzeniom Tbilisi nie pokazał, jak niebezpiecznym sąsiadem jest Rosja, ponieważ jej siły nie były bezpośrednio zaangażowane z całą sytuację. Nie unaocznił także, jak niezbędną dla stabilizacji w Gruzji jest integracja ze strukturami europejskimi i atlantyckimi. Uświadomił jednak krajom zachodnim jak mało rozważnym partnerem jest prezydent tego kraju, próbujący razem z przywódcą innego państwa europejskiego nielegalnie przekroczyć granicę. Fakt, że Tbilisi nie uznaje Osetii oraz Abchazji nie oznacza, że faktycznie te podmioty nie są od niego zależne. Tym samym takie zachowanie stawia pod znakiem zapytania wszelkie próby pokojowego rozwiązania konfliktu w Gruzji, w tym także negocjacje prowadzone w Genewie. Co więcej, Saakaszwili podał „na tacy” dowód na rosyjskie argumenty, że to Gruzja jest agresorem na Kaukazie. Pozostaje tylko wyrazić ubolewanie, że prezydent Polski zdecydował się na uczestnictwo w takiej sytuacji.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.


Stefan Bratkowski nie żyje.
Prezydenci chcą zacieśnić współpracę polsko-słowacką