Maciej Konarski: Meller z wozu, koniom lżej?
A więc w końcu stało się to o czym od dłuższego czasu ćwierkały już wszystkie wróble – minister Stefan Meller podał się do dymisji. Jak donoszą wszyscy zainteresowani, Meller - ceniony dyplomata, profesor, erudyta - nie widział się jako ministerialny kolega Andrzeja Leppera, zwłaszcza po tym jak przewodniczący Samoobrony z typową dla siebie subtelnością określił go mianem „błazna”.
Należy się teraz spodziewać głosów, że brak cenionego na europejskich salonach Mellera utrudni „sprzedanie” zachodnim partnerom rządu powiększonego o ministrów z białoczerwonymi krawatami, tym bardziej że legendarna już „krótka ławka” PiS nie daje większej szansy, że ministerialny stołek zajmie ktoś rozpoznawalny i lubiany w świecie. Meller był poza tym uważany nawet przez opozycję za jednego z najlepszych ministrów rządu Marcinkiewicza, więc jego decyzja o rezygnacji tym bardziej może być postrzegana jako zła wiadomość dla kraju.
W tym pesymizmie widać jednak myślowe schematy odziedziczone po Aleksandrze Kwaśniewskim. Niestety 10 lat jego prezydentury przyzwyczaiło Polaków do myśli, że polityka zagraniczna polega na ściskaniu dłoni, poklepywaniu się po plecach i pozowaniu do wspólnych zdjęć z zagranicznymi przywódcami. A reprezentowanie kraju jest przecież tylko jednym z zadań jakie stoi przed szefem MSZ. Powinien on również koordynować zewnętrzne działania wszystkich innych organów państwa, przygotowywać długofalowe koncepcje polityki zagranicznej i czuwać nad ich realizacją. Minister Meller miał od początku małe szanse na by wypełnić to zadanie – i nie wynika to w żadnym wypadku z jego niekompetencji czy złej woli.
Nominowanie Mellera na stanowisko szefa MSZ było od początku pomyślane jako akt przede wszystkim symboliczny. Jako były ambasador w Moskwie miał symbolizować wolę poprawienia fatalnych stosunków z Rosją, jako osoba nie związana z braćmi Kaczyńskimi miał być sygnałem dla polityków PO, że droga do zawarcia koalicji jest wciąż otwarta. Przede wszystkim miał być jednak sygnałem dla zachodu, że nie taki PiS straszny jak go malują.
Sęk jednak w tym, że Mellera nie zadowalała rola kwiatka do kożucha. Chciał mieć realny wpływ na kształtowanie polskiej polityki zagranicznej, a w obecnej sytuacji politycznej nie było to możliwe. Jako osoba pozbawiona politycznego zaplecza Meller miał bowiem małą siłę przebicia, tym bardziej że spora cześć PiS traktowała go niechętnie z powodu dawnych związków ze środowiskiem Unii Demokratycznej, a nawet z faktu, że jego syn jest redaktorem naczelnym polskiej edycji „Playboya”.
Kompetencje MSZ były więc stopniowo przejmowane przez inne organy, z kancelarią prezydenta na czele. Mnożyły się personalne konflikty – chociażby z bliską Kaczyńskim wiceminister Anną Fotygą, afronty jak niezaproszenie do Rady Bezpieczeństwa Narodowego i do składu prezydenckiej delegacji wybierającej się do USA. Już wtedy Meller był gotów do dymisji, lecz Kaczyńscy zgodzili się na pewne ustępstwa i minister pozostał na stanowisku.
Abstrahując zresztą od personalnych zatargów, Mellera różniła z politykami PiS wizja polskiej polityki zagranicznej. Minister był zwolennikiem zacieśnienia stosunków z Francją i Niemcami, chciał ratować Eurokonstytucję, sprzeciwiał się zbyt daleko idącym czystkom w MSZ. Było to raczej sprzeczne z oficjalną linią PiS akcentującą przede wszystkim sojusz z USA i konieczność nieugiętej postawy wobec „twardego jądra UE”.
Meller nie pasował po prostu do tego rządu i nie należy się dziwić, że odchodzi lecz raczej że stało się to tak późno. W tej sytuacji minister nie miałby szans realizować swych koncepcji i realnie wpływać na kształt polityki zagranicznej nawet gdyby okazał się reinkarnacją Talleyranda skrzyżowaną z Kissingerem. Wicepremier Andrzej Lepper był tylko kroplą, która przelała czarę. Łatwo zrozumieć Mellera, który i tak niezbyt mu pasującą rolę „kwiatka do kożucha” przy rządzie PiS musiałby poszerzyć o firmowanie „Samo-PiSu” i rządu z wicepremierem Andrzejem Lepperem. Dymisja była więc najlepszym i najbardziej honorowym rozwiązaniem. Może w innym miejscu i o innym czasie Meller odegra jeszcze znaczącą rolę w polskiej polityce zagranicznej.
Rezygnacja Mellera nie musi też być koniecznie złą wiadomością dla Polski. Następny minister będzie najprawdopodobniej bliżej związany z pisowskim establishmentem, będzie więc zapewne posiadał większą siłę przebicia niż Meller. Może się też okazać jedynie posłusznym wykonawcą poleceń z góry, lecz nawet i wtedy unikniemy personalnych waśni a rola koordynatora polityki zagranicznej przejdzie z MSZ do Kancelarii Prezydenta. Tak czy inaczej nowy minister będzie zapewne na starcie w wygodniejszym i bardziej klarownym położeniu. Co z tym uczyni? Czas pokaże, a ja znając życie i praktykę PSZ nie omieszkam zapewne tego skomentować.


Stefan Bratkowski nie żyje.
Prezydenci chcą zacieśnić współpracę polsko-słowacką