Biały Dom, siwy dym - czyli prezydent i papierosy
Barack Obama na konferencji prasowej przyznał, że ciągle popala papierosy. "Ale nie przy dzieciach". Dodał też, że jest już w "95 procentach wyleczony z uzależnienia nikotynowego".
Okrągłe zdania Obamy potwierdzają, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
W swojej książce "Dreams from My Father", Barack Obama z 1995 roku drwi z Billa Clintona - prezydenta, który palił jointy, "ale się nie zaciągał", samemu otwarcie przyznając na kartach autobiografii, że nie tylko się zaciągał marihuaną, ale i eksperymentował z twardymi narkotykami."Cały problem w tym, że ja się zaciągałem" - pisze Obama.
Dzisiaj Obama - prezydent tłumaczy się w sposób zaskakująco podobny do wykrętów Billa Clintona. W 95 proc. wolny od nałogu - co to właściwie znaczy? Czyli nie pali przez 6,65 dnia tygodnia, a przez pozostały czas (8,4 h tygodniowo) jest nałogowym palaczem?
Oczywiście, nie przeszkodziło mu to wprowadzić nowej, drastyczniejszej ustawy antynikotynowej - i chwała mu za to.
Jednak wykręty Obamy odnośnie papierosów pokazują zasadniczą słabość prezydenckiego urzędu, a mianowicie: zakaz słabości.
Prezydent ma być dzielny i pokonywać wyszstkie przeszkody, na 4 lata przestaje być zwykłym śmiertelnikiem, podatnym na lęki i pokusy.
Poza tym - Barack Obama publicznie promuje zdrowy tryb życia, a w wywiadach wielokrotnie chwalił się tym, że rzucenie palenia było wymogiem nałożonym na niego przez Michelle, by mógł w ogóle startować w wyścigu do Białego Domu.
Najgorsza jest jednak niekonsekwencja i brak spójności w deklaracjach, a rzeczywistych działaniach: obniża to wiarygodność Obamy u wyborców. Będą czuli się oszukani - a to znacznie trudniejsze do wybaczenia niż samo palenie papierosów.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz