Czego nauczył się Biden
Zrozumiał to Biden, zaczynają rozumieć inni.
Żeby zrozumieć, jak bardzo Afganistan, państwo pozbawione ważniejszych surowców naturalnych, o ograniczonym potencjale strategicznym angażuje siły Stanów Zjednoczonych przyjrzyjmy się paru faktom: działania zbrojne 7 września 2001 roku, tak więc amerykańskie wojska siedzą w Afganistanie już 8 lat. Interwencja sowiecka trwała dłużej, bo całką dekadę; nie zanosi się jednak na to, by w ciągu dwóch lat sytuacja w tym rejonie uspokoiła się na tyle, by możliwe było wycofanie albo chociaż drastyczne zmniejszenie stanu wojsk lub zmiana charakteru ich misji. Na terenie Afganistanu znajduje się obecnie 80 tys. amerykańskich żołnierzy, bądź to pod komendą ISAF, bądź jako samodzielne siły. Liczba wszystkich żołnierzy NATO osiąga stan ponad 100 tysięcy, zbliżają się do rozmiarów interwencji Armii Czerwonej.
A mimo to, nie można powiedzieć, by Sojusz Północnoatlantycki wygrywał tę wojnę. Po części, dzieje się tak dlatego, że nie określono precyzyjne kryteriów zwycięstwa. Obalenia rządu Talibów?(sukces, ale to da się łatwo odwrócić) Czy jest nim złapanie Bin Ladena? (porażka) Wprowadzenie demokracji, albo chociaż rządów prawa? (porażka) Ok, dajmy sobie spokój z demokracją, w końcu z dyktatorami też można współpracować, byleby znajdywali posłuch w narodzie. (porażka) Zabezpieczenie sytuacji w regionie, tak by destabilizacja w Afganistanie nie wpłynęła ujemnie na delikatną równowagę w nuklearnym Pakistanie? (a, niech czytelnicy sami sobie dopowiedzą).
Zachód ma kłopoty ze zdobyciem serc Afgańczyków. Każda masakra cywili napędza Talibom szeregi, a w przeciwieństwie do terrorystów w Iraku, cieszą się oni w niektórych rejonach Afganistanu autentycznym poparciem. Nie oznacza to, że przysłanie więcej żołnierzy nie poprawi sytuacji. Zapewne pozwoli to na lepsze kontrolowanie kluczowych szlaków komunikacyjnych, większych miast czy nawet wybranych prowincji. Nie będzie to jednak miało tak piorunującego skutku jak napływ amerykańskich posiłki do Iraku.
Wynika to z szeregu czynników. Stopień rozkładu rządu w Bagdadzie i Kabulu nigdy nie był porównywalny, nawet powinno brzemiennej w skutkach decyzji o rozwiązaniu irackich sił zbrojnych. Przed interwencją w Zatoce, Irak był scentralizowanym państwem z działającą administracją, brutalną, ale istniejącą policją oraz populacją, której znacząca część mieszka w miastach. Irak nie był górzystym, nigdy nie zdobytym państwem pośrodku niczego. Eksperyment z demokracja w Iraku odnosi póki co raczej pozytywne skutki, a epoka wojen religijnych zdaje się, że przeminęła.
Generał Mcchrystal, głównodowodzący wojska USA w Afganistanie zdaje się to rozumieć, a nawet wyciąga bardziej radykalne wnioski. Kluczowe jego zdaniem jest cywilne zarządzanie konfliktem i odbudowa, próba znalezienie pozytywnego rozwiązania problemów, które skłaniają Afgańczyków do poparcia partyzantki. Administracja Obamy przychyla się do jego sugestii i chce powiązać kwestie wysłania dodatkowych sił ze zmianą taktyki. Amerykanie zaczynają dostrzegać, że ich zaangażowanie w Afganistanie niesie ze sobą wiele kosztów, a praktycznie żadnych korzyści. Osłabia ich pozycję względem Rosji, której pomocy potrzebują w celu zapewnienia swoim wojskom zaplecza logistycznego, pogarsza wizerunek w świecie Islamu. Nawet zwycięstwo (tzn. ustanowienie samodzielnego, silnego i prozachodniego rządu w Kabulu, który będzie w stanie kontrolować ten kraj) nie będzie miało większego znaczenia bez poprawy sytuacji w Waziristanie i pakistańskich terytoriach plemiennych.
Wydaje się, że Stany nie dążą już do pełnej transformacji tego państwa, a raczej przygotowania scenariusza pod planowy odwrót. Pozwoli im to skupić zasoby na ważniejszych płaszczyznach, gdzie rozgrywaja się prawdziwe interesy Ameryki.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz