Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Dominik Krakowiak: Morfina po amerykańsku... czyli agonia rynku niewidzialnej ręki

Dominik Krakowiak: Morfina po amerykańsku... czyli agonia rynku niewidzialnej ręki


10 listopad 2008
A A A
Światowa opinia publiczna zdaje się nadal milcząco aprobować skok instytucji państwowych na własne pieniądze (podatki) i nowy socjalizm dla bogatych w imię walki z nowym zagrożeniem dekady w postaci kryzysu finansowego. Kiedy Ameryka swą schorowaną gospodarkę próbuje leczyć aplikując zastrzyk z morfiny oraz serwując medialny Prozac, podczas gdy europejscy liderzy dyskredytują po raz kolejny unijne mechanizmy decyzyjne, po cichu legitymizując unilateralne działania rządów krajów członkowskich – światowa opinia publiczna zdaje się nadal milcząco aprobować skok instytucji państwowych na własne pieniądze (podatki) i nowy socjalizm dla bogatych w imię walki z nowym zagrożeniem dekady w postaci kryzysu finansowego.

Zarządzać strachem

Śledząc karty historii, wzrosty i upadki imperiów, wysnuć można tezę, iż umiejętnością pomagającą wodzom utrzymywać swoje rządy czy dyktatury na przestrzeni lat było umiejętne zarządzanie społecznym poziomem strachu. Wielu z nas pamięta charakterystyczną scenę z „Faraona” Bolesława Prusa, w której kapłani utrzymują polityczne wpływy dzięki wiedzy o nadchodzącym zaćmieniu Słońca i odpowiedniej manipulacji tłumem.

Dwudziestowieczne ideologie totalne opanowały tę sztukę niemalże do perfekcji – z jednej strony strasząc wstrętnymi kapitalistami, wyzyskiwaczami i podżegaczami wojennymi, a z drugiej spiskiem żydo-masońskim, zamachem na wyższość kulturową lub rasową, czy też religię. Zawłaszczenie publicznych kanałów informacyjnych stało się cechą każdego szanującego się reżimu.

W obecnych systemach demokratycznych opartych na wolnym rynku, wolne i pluralistyczne społeczeństwa mają (przynajmniej teoretycznie) dostęp do wystarczającej liczby bardziej lub mniej wiarygodnych źródeł informacji, z którymi mogą konfrontować swoje obserwacje lub sygnały płynące ze strony rządzących elit. Muszą tylko chcieć. W erze coraz większej powszechności Internetu, alternatywnych kanałów czerpania wiedzy, manipulowanie rzeczywistością dla wystraszenia społecznej większości czy osiągnięcia politycznych celów jest zatem na całe szczęście utrudnione.

Sferą, która jednak pozostawia margines manipulacji, jest odpowiednia prezentacja „lekarstw”, polityczna „sprzedaż” sposobów uporania się z powszechnie dostrzeganym, obiektywnym problemem.

Dostęp do wyników badań naukowych, dobre stosunki z autorytetami w dziedzinach badających społeczne zagrożenia, okazuje się być doskonałą inwestycją z punktu widzenia politycznego marketingu. Na nich opiera się ciężar społecznego zaufania w przypadku strachu przed czymś (kimś) zupełnie nieznanym lub skomplikowanym na tyle, iż uniemożliwia precyzyjne rozpoznanie przeciętnemu obywatelowi.

Dekada strachu?

Historycy, socjologowie oraz inni analitycy, którzy pochylać się będą w przyszłości nad pierwszym dziesięcioleciem XXI wieku w skali globalnej, jego społeczno-politycznym wymiarem, z dużym prawdopodobieństwem uprawnieni będą do nazwania tego okresu „dekadą strachu” i w konsekwencji wzrostem społecznej roli państwa.

Ataki 11 września 2001 w USA rozpoczęły ten powolny proces stygmatyzacji „wolnego człowieka” (szczególnie w Ameryce), którego – w imię walki z niewidzialnym wrogiem – krok po kroku zaczęto pozbawiać prywatności, stopniowo wycinając z niekontrolowanej instytucjonalnie sfery skrawki jego intymności – oczywiście w imię wspólnego dobra, w imię powszechnego bezpieczeństwa.

Powrześniowe wyrywkowe przesłuchania muzułmanów w USA, monitoring rozmów telefonicznych, akces przedstawicieli aparatu państwa do skrzynek elektronicznych obywateli, stały się z dnia na dzień z nieco abstrakcyjnego zbioru niebezpiecznych zabawek orwellowskiego Wielkiego Brata „potrzebnymi” narzędziami w obronie demokratycznego ładu. I to wszystko przy względnej i milczącej aprobacie amerykańskiej opinii publicznej, sparaliżowanej terrorystycznym zagrożeniem.

Wszystko wskazuje na to, iż w najbliższych tygodniach nie tylko amerykańscy obywatele, ale społeczność na całym świecie będzie zmuszona stanąć w obliczu nowego źródła strachu. Zagrożenia, które może skutecznie sparaliżować demokratyczne mechanizmy obronne, w postaci społecznych reakcji, protestu przeciwko działaniom godzącym w wolność, w ochronę obywatela przed skutkami nieodpowiedzialnych decyzji.

W tych czasach władzy należy szczególnie patrzeć na ręce.

Kryzys finansowy

Kryzys finansowy – odmieniane przez wszystkie już przypadki słowo-klucz otwierające większość serwisów informacyjnych na świecie, spędzające sen z powiek rekinom giełdowym, przyprawiający o drżenie rąk rzesze polityków, przyprawiający nas, obywateli o mocniejsze bicie serca... Czy aby nie przesadziłem z tym ostatnim?

Sytuacja z punktu widzenia przeciętnego obywatela nie jest na szczęście tragiczna. Owszem, pojawiają się potencjalne zagrożenia na rynku pracy, na niektórych wulkanicznych wyspach naszej części globu słychać już tętent kopyt galopującej inflacji, ciężej jest o kredyt na kupno domu czy samochodu. Widmo krachu jednakże zagraża zdecydowanie bardziej wielkim korporacjom, bankom, podmiotom nieumiejętnie zarządzanego ryzyka, które zazwyczaj w dużo mniejszym stopniu było mantrą naszych domowych budżetów.

Sytuacja wygląda gorzej jednak, jeżeli spojrzy się na (nie)dolę tych, którzy wzięli na siebie spłaty wielkich kredytów i których dochody w schłodzonej kryzysem gospodarce nie będą w stanie zabezpieczyć płynności oddawanych bankom rat. W sposób szczególny dotyczy to amerykańskich konsumentów, przyzwyczajonych przez lata do systemu konsumpcji na kredyt.

W tej oto sytuacji rodzi się pytanie o rolę instytucji państwowych, granice działań, ingerencji w wolnorynkowy mechanizm, które powinni podjąć nasi przedstawiciele w aparacie władzy, by zminimalizować społecznie odczuwane skutki kryzysu płynności rynków finansowych świata.

Obowiązki państwa

Rolą państwa w liberalnych gospodarkach jest stworzenie takich reguł gry, w których globalnie pojmowany czynnik ryzyka w stosunku do jednostki, obywatela, jest zminimalizowany, szczególnie w przypadku trwalszych lub chwilowych zakłóceń jej funkcjonowania. Rolą państwa jest również zapewnienie poszanowania sprawiedliwości panujących reguł gry wobec wszystkich podmiotów funkcjonujących na rynku.

Państwo ponadto służyć ma przede wszystkim swoim wyborcom, obywatelom. To oni legitymizują władzę rządzących, mimo iż ich wybór często wspierany jest materialnie przez organizacje, korporacje, firmy, instytucje o innym charakterze. Służba ta opiera się na ramach wytyczonych przez przepisy prawa (konstytucję) oraz mechanizmy wolnorynkowe.

Przyjęty niedawno przez amerykański kongres oraz prezydenta USA tzw. Plan Paulsona wydaje się daleko wykraczać poza typowe działania władzy państwa w ekonomii wolnego rynku, przypominając raczej niebezpieczną i bezprecedensową jak na standardy XXI wieku ingerencję państwa w gospodarkę.

Co ciekawe, dzieje się to przy społecznym przyzwoleniu (milczenie jako aprobata?) i braku krytycyzmu – mimo iż głównymi beneficjentami pieniędzy „wpompowanych” w sektor bankowy przez amerykański rząd będą przede wszystkim Ci sami „specjaliści”, którzy w mediach przekonują obywateli o konieczności takiego „chirurgicznego” zabiegu na amerykańskiej gospodarce… w większości ci sami ludzie, korporacje, którzy de facto odpowiadają za obecny kryzys.

Morfina po amerykańsku

700 miliardów dolarów (ponad 20% rocznego budżetu USA), które rząd amerykański przeznaczył na „ratowanie” sektora finansowego, w szczególności upadających banków, które swoją nierozważną polityką kredytową, przyznając pożyczki obywatelom bez wystarczających gwarancji jego spłaty – tzw. „ninja” (no income, no job, no assets = ang. bez dochodu, bez pracy, bez aktywów) doprowadziły dużą cześć amerykańskiej gospodarki do stanu zapaści, wydaje się być moralnie wątpliwe. Jest nie tylko poklepywaniem po plecach hazardzisty, który przegrał pożyczone pieniądze w kasynie, ale również wkładaniem mu kolejnego czeku „zaufania” do kieszeni; jest również pogwałceniem wolnorynkowej zasady, iż gorszy musi ustąpić miejsca lepszemu, bardziej efektywnemu.

Tak ogromny zastrzyk pieniędzy, bez konkretnych legislacyjnych propozycji jeżeli chodzi o sferę regulacji, czy też powołania instytucjonalnej kontroli nad „rozpasanym” sektorem uprawiającym finansową „wolną amerykankę”, przypomina raczej zastrzyk z morfiny zaaplikowany choremu pacjentowi, by chwilowo uśmierzyć ból, niż zaaplikowanie lekarstwa, które może zaleczyć przyczyny zapaści.

Cenę tej wątpliwej medycznej kuracji ma ponieść amerykański podatnik, który pokryje straty. Rachunek opiewa, bagatela, na:

  • 2295 dolarów na statystycznego obywatela USA (700 miliardów dolarów / 305 milionów obywateli USA)

lub gorzej:

  • 4635 dolarów na statystycznego pracującego Amerykanina (bazując na danych o 151 milionach pracujących w USA).

Obywatel, głupcze!

Nacjonalizacja banków oraz ratowanie instytucji finansowych na koszt podatnika amerykańskiego stoją w dużym kontraście z brakiem jakiegokolwiek planu pomocy tym obywatelom, którzy znaleźli się sytuacji niemożności spłacenia zaciągniętych kredytów. Dlaczego Amerykanie nie krytykują swojego rządu, parafrazując swego byłego prezydenta Billa Clintona i wykrzykując „Obywatel, głupcze!”? Czy to nie na obywatelu powinna się skupić troska państwa?

Propozycja wielkiej przegranej tegorocznego amerykańskiego wyścigu do Białego Domu senator Hillary Clinton – powołania tzw. Home Owners’ Loan Corporation (ang. Korporacji Pożyczkowej Posiadaczy Domów), na wzór podobnego ciała utworzonego w 1933 roku przez prezydenta Roosvelta w ramach polityki „Nowego Ładu”, pomagającej właścicielom domów spłacić zaciągnięte kredyty hipoteczne – nie spotkała się z wystarczającym politycznym poparciem.

Stało się tak mimo racjonalnych argumentów byłej Pierwszej Damy, ostrzegającej: jeżeli nie podejmiemy akcji, której adresatami będą pożyczkobiorcy, nigdy nie rozwiążemy kryzysu, który spotkał pożyczkodawców. Bez niej trudno o podtrzymanie konsumpcyjnego stylu życia obywateli amerykańskich, który wydaje się być podstawą funkcjonowania gospodarki USA.

Promowanie Planu Paulsona jako właściwego i jedynego remedium na bolączki schorowanego systemu, to medialny Prozac serwowany amerykańskiemu społeczeństwu pogrążonemu w depresji, czy raczej w odpowiednio inżynierowanemu strachu przed nią.

Manipulację strachem przed chorobą zastąpiła manipulacja listą leków?

W rezultacie mamy do czynienia ze społecznie aprobowanym „skokiem” instytucji państwowych na pieniądze obywateli – czymś, co ekonomista z New York University's Stern School of Business profesor Nouriel Roubini nazywa prywatyzacją zysków i nacjonalizacją strat, socjalizmem dla bogatych, dobrze powiązanych oraz Wall Street w imię walki z nowym zagrożeniem dekady w postaci kryzysu finansowego.

Należy mieć nadzieję, iż morfina zaaplikowana w tak dużych ilościach wolnemu rynkowi, niewidzialnymi rękoma amerykańskich podatników, nie doprowadzi go do stanu agonii, czy sztucznie wywołanej eutanazji.

Europejska recepta, czy suma indywidualnych bezsilności?

Na to, iż Amerykański kryzys w zglobalizowanym świecie finansów nie dotrze do granic naszego kontynentu, nie mogliśmy specjalnie liczyć. Unia Europejska – wyraźnie zaskoczona wydarzeniami z Wall Street – nie potrafiła zawczasu przygotować się na okoliczności utraty płynności przez niektóre części składowe własnego systemu bankowego.

Dość długie milczenie prezydencji francuskiej, czy samej Komisji Europejskiej (względnie Europejskiego Banku Centralnego) spowodowało lawinę poszczególnych deklaracji państw członkowskich (Irlandia, Grecja) o gotowości do zasilenia swoich systemów bankowych zastrzykiem z pieniędzy (finansowej morfiny) czy do nacjonalizacji banków w zagrożeniu (Belgia).

Pomijając szczytne cele takich zapewnień, mające na celu zminimalizowanie strachu obywateli o bezpieczeństwo swoich aktywów w bankach, deklaracje były o tyle dziwne, o ile sprzeczne z unijnym prawem konkurencji, które zabrania rządom państw członkowskich subsydiowania sektorów gospodarki wolnorynkowej (poza wyjątkami subsydiowanymi bezpośrednio przez UE, jak np. rolnictwo czy polityka regionalna), zakłócania rynku wewnętrznego państw dwudziestkisiódemki.

Autorytet Unii Europejskiej został więc wystawiony na próbę; na szalach starły się z jednej strony siła państwowych egoizmów i dbanie o dobro (dobre samopoczucie, bezpieczeństwo) swych obywateli, a z drugiej strony umiejętność wypracowania wspólnego stanowiska, recepty, listy działań w odniesieniu do zaistniałej sytuacji czy potencjalnych zagrożeń.

Na dzień dzisiejszy wydaje się, iż walka ta nie jest jeszcze do końca rozstrzygnięta, a reakcje przywódców europejskich wydają się być czasem schizofreniczne. Kanclerz Niemiec Angela Merkel, która skrytykowała państwa deklarujące indywidualnie wsparcie swoich banków bez czekania na wspólne stanowisko UE, na drugi dzień sama zgodziła się na 50 miliardów euro wsparcia (publiczno-prywatnego) dla upadającego niemieckiego banku Hypo Real Estate.

Lekkość, z jaką niektórzy przywódcy europejscy zapewniają o gotowości wsparcia systemów bankowych w swoich państwach, pachnie zdecydowanie hipokryzją, jeżeli zderzymy ją z decyzjami unijnej Komisarz ds. Konkurencji Neelie Kroes w sprawie upadających polskich stoczni, którym odmawia się rządowego wsparcia i nakazuje zwrot pomocy publicznej, który może doprowadzić je do upadku, a rzesze stoczniowców pozbawić miejsc pracy. W czym stocznie gorsze są od banków, iż odmawia im się podobnego traktowania?

Na co pozwolimy dalej?

Czy UE ugnie się pod siłą lobby bankowego i stworzy europejską wersję planu Paulsona? Bazując na deklaracjach europejskich polityków podczas niedawnego szczytu w Brukseli możemy powiedzieć, iż nam to nie grozi, choć pewne ingerencje państw w system bankowy już nastąpiły (belgijski bank Fortis czy wspomniany niemiecki Hypo Real Estate).

W przeciwieństwie do amerykańskiego rządu, europejscy ministrowie finansów podnieśli granicę gwarancji dla depozytów bankowych swoich obywateli (z obecnych obowiązkowych 20 tys. do 50 tys. euro) w przypadku upadku banku, nie uruchamiając bezpośredniego wsparcia systemu poprzez zastrzyk pieniędzy.

Zamiast strzykawki z morfiną obywatelom została zaproponowana szczepionka. Z uznaniem należy stwierdzić, iż proponowane rozwiązania UE w pierwszej kolejności wzięły pod uwagę finansowe bezpieczeństwo samych Europejczyków. Na oceny poziomu skuteczności szczepionki przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać.

Odwaga hazardzisty

Jedno jest pewne, iż w takich momentach kryzysowych, kiedy to siłą sprawczą decyzji politycznych, czy tych podejmowanych przez inwestorów na rynkach finansowych rządzą emocje, nie powinniśmy bezkrytycznie przyglądać się receptom rządzących elit na problemy współczesności i rachunkom za cudze błędy, które być może będą próbowano nam przedstawić do zapłaty.

W czasach nowych globalnych zagrożeń, bardziej lub mniej realnych źródeł strachu, my, obywatele nie powinniśmy się lękać patrzeć na ręce rządzącym, żądać od nich rachunków strat i zysków i podejmować działań w celu ochrony naszych interesów…

… chociażby wymagało to od nas odwagi… hazardzisty!

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.

Artykuł ukazał się pierwotnie w gazecie Liberte! . Przedruk za zgodą redakcji.