Przemysła Furgacz: O demonizowaniu Iranu
-
Przemysław Furgacz
Od lat zachodnie media i wpływowi politycy w dosyć niekorzystnym świetle przedstawiają Iran, oskarżając państwo o agresywne zamiary, łamanie praw obywatelskich i praw człowieka, dążenia do hegemonii w regionie, prowadzenie awanturniczej polityki zagranicznej. Częściowo te zarzuty są słuszne, jednakże wiele z nich jest wyolbrzymionych i przesadzonych. Ponadto, odnoszę wrażenie, że bardzo często Zachód, szczególnie zaś USA, w odniesieniu do Iranu kieruje się moralnością Kalego i stosuje podwójne standardy.
„Oś zła”
Były prezydent USA George W. Bush w swoim słynnym orędziu o stanie państwa ze stycznia 2002 r. zaliczył Iran do państw „osi zła”, umieszczając go w tym samym worku co Irak i Koreę Północną. Dziennikarze natychmiast podchwycili to sformułowanie i zaczęli nader często się nim posługiwać. Takie ujęcie sprawy wydaje się jednak sporym nadużyciem. Iran nie jest państwem w pełni demokratycznym (w europejskim rozumieniu tego słowa), ale nie jest też klasyczną dyktaturą. Wydaje się, że bliżej prawdy będzie określenie tego państwa jako półdemokratycznego i półautorytarnego. Przyrównanie Iranu do Iraku czasów Saddama Husajna czy do Korei Północnej, to tak jakby niedemokratyczną II Rzeczpospolitą po zamachu majowym z 1926 roku przyrównać do III Rzeszy czy Związku Sowieckiego. II RP za rządów sanacji nie była państwem demokratycznym, lecz autorytarnym. Wybory parlamentarne były w przedwojennej Polsce fałszowane, co bardziej aktywni politycznie krytycy rządów sanacji byli więzieni, a nawet torturowani w Berezie Kartuskiej czy Brześciu Litewskim. Co więcej, zdarzały się nawet uprowadzenia i skrytobójstwa, które obciążają konto „sanatorów” (vide przypadek gen. Włodzimierza Zagórskiego). Sanacja (zwłaszcza po śmierci Piłsudskiego) przyjęła ostry kurs w stosunku do mniejszości narodowych, przede wszystkich niemieckiej i ukraińskiej, wykazujących silne tendencje separatystyczne. Te mniejszości były dyskryminowane. Niektóre posunięcia sanacji (jak np. palenie cerkwi na Chełmszczyźnie) należy uznać wręcz za prześladowanie mniejszości religijnych. II Rzeczpospolita była pod każdym względem państwem dalekim od doskonałości, ale i tak łamała prawa człowieka w o wiele mniej poważny sposób i na znacznie mniejszą skalę niż hitlerowska III Rzesza czy stalinowski Związek Sowiecki. Była też państwem o wiele bardziej demokratycznym od swoich dwóch wielkich sąsiadów. Tam jakakolwiek opozycja kończyła się w obozie koncentracyjnym, w łagrze lub przed plutonem egzekucyjnym. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku Iranu. W Iranie ostatnie manifestacje są możliwe, tylko dlatego, że jest to państwo o wiele bardziej demokratyczne niż jego sąsiedzi. W Korei Północnej nigdy nie doszło do podobnych demonstracji (chyba że poparcia dla władz), bo jest to państwo tak sterroryzowane, że ludzie boją się nawet o tym pomyśleć, a co dopiero wykonać. W Iraku tego typu wyraz dezaprobaty wobec rządów Saddama Husajna skończyłby się natychmiastową krwawą i bezlitosną pacyfikacją. Podobne demonstracje nie trwałyby tam nawet jednego dnia. Zakres swobód w Islamskiej Republice Iranu jest nieporównanie większy niż w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, podobnie jak wolność słowa. Stawianie Iranu obok Iraku Saddama Husajna czy Korei Północnej jest według mnie sporym nadużyciem.
Nasi demokratyczni przyjaciele i nasi niedemokratyczni wrogowie
Islamska Republika Iranu jest najbardziej demokratycznym państwem Bliskiego Wschodu po Izraelu i ewentualnie Turcji. Należy to stanowczo podkreślić. W całym regionie dominują autorytarne, opresyjne reżimy, takie jak w Arabii Saudyjskiej, Syrii czy Egipcie. Jeśli wierzyć oficjalnym wynikom wyborów prezydenckich w Egipcie to rządzący tym krajem od 1982 r. Hosni Mubarak cieszy się niesłabnącym poparciem społeczeństwa sięgającym regularnie ponad 99%. Nic tylko pozazdrościć. Podobna sytuacja ma miejsce od wielu dekad w Syrii prezydenta Hafeza al-Assada, a później jego syna i następcy na urzędzie Baszara al-Assada. W Egipcie nawet krąży wielce wymowny dowcip o naturze rządów w tym kraju. Otóż szef gabinetu prezydenta Mubaraka mówi doń: - „Panie Prezydencie! Naród mówi czas odejść.” Po czym Mubarak mu odpowiada: - „A gdzież to naród się wybiera?”.
W państwach na Półwyspie Arabskim nawet nie mamy wyborów, bo to w większości klasyczne monarchie absolutne, czasami, jak w Arabii Saudyjskiej, w połączeniu z drakońskim systemem prawnym i oficjalną ideologią państwową opartą na skrajnym i nietolerancyjnym odłamie islamu, jakim jest wahhabizm. Co znamienne, większość z tych dyktatur jest mocno wspieranych przez Waszyngton, który przecież nieustannie (niezależnie od rządzącej administracji) deklaruje, że dąży do rozprzestrzeniania, wspierania i umacniania demokracji na całym świecie (a szczególnie na Bliskim Wschodzie). Taki na przykład Egipt Hosniego Mubaraka co roku otrzymuje od wielu lat ok. 1 mld USD pomocy finansowej ze strony USA na zakup broni i uzbrojenia w ramach programu Foreign Military Financing. [1] Również relacje autorytarnych reżimów Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Omanu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru i Bahrajnu z Waszyngtonem i amerykańskimi koncernami naftowymi czy budowlanymi są zaskakująco bliskie. W Pakistanie od dziesięcioleci wspieranym przez Waszyngton mamy do czynienia z dość regularnie występującym schematem: krótkotrwałe rządy demokratyczne – zamach stanu (niekiedy za wiedzą i cichym poparciem Waszyngtonu) – długotrwałe rządy dyktatorskie – demokratyzacja – krótkotrwałe rządy demokratyczne, itp. [2] Irak – zachodni sąsiad Iranu – formalnie jest państwem demokratycznym. Rządzić mają tam demokratycznie powołane parlament, rząd i prezydent, a kluczowe decyzje dotyczące przyszłości tego kraju mają zapadać w Bagdadzie. Jeśli istotnie zapadają one w Bagdadzie, to należałoby dodać, że w tzw. zielonej strefie – tej części Bagdadu, gdzie urzędują amerykańscy dyplomaci, wojskowi i oficerowie służb specjalnych. Dopóki 150 tysięcy amerykańskich żołnierzy i jeszcze większa liczba amerykańskich najemników będzie stacjonować w Mezopotamii, dopóty Irak nie będzie państwem w pełni demokratycznym, samodzielnym i niepodległym. Nawet Turcja – państwo demokratyczne i aspirujące do Unii Europejskiej – pod pewnymi względami ustępuje w „demokratyczności” Iranowi. Z pewnością rola wojskowych i ich wpływ na życie polityczne w Turcji jest dużo większy niż ich irańskich kolegów w Iranie.
Spójna polityka?
Jak zatem rozumieć tak twarde stanowisko Waszyngtonu wobec Teheranu, skoro jest to państwo o wiele bardziej demokratyczne niż większość amerykańskich sojuszników na Bliskim Wschodzie? Najczęściej tłumaczy się to irańskim programem nuklearnym. Z pozoru wydaje się to dobrze tłumaczyć modus vivendi Waszyngtonu, ale po bliższym przyjrzeniu się sprawie należałoby to wytłumaczenie odrzucić. Po pierwsze, podejście USA do Iranu było nieprzyjazne i dość ostre już od 1979 r., a więc również przez całe lata 80. i 90., kiedy jeszcze Iran w ogóle nie prowadził programu nuklearnego. [3] Po drugie, niektórzy sojusznicy USA na Bliskim Wschodzie mają w swoich arsenałach bronie masowego rażenia i jest to tajemnica poliszynela. Mimo to Waszyngton nie podnosi głosu w tej sprawie. Niektórzy arabscy sojusznicy USA mają duże zapasy śmiercionośnej broni chemicznej i biologicznej, które gotowi są użyć w razie wojny. Przykładem niech będzie Egipt. [4] Państwo to nigdy nie podpisało konwencji o broni chemicznej, natomiast konwencję o broni biologicznej i toksynach podpisało, ale do tej pory nie ratyfikowało (i prawdopodobnie już nie ratyfikuje). Konwencje owe zakazują produkowania, magazynowania, rozpowszechniania i używania broni chemicznej i biologicznej. Mimo to Waszyngton nie naciska na Kair w tej sprawie. Na osobną uwagę zasługuje casus Izraela. Państwo to nigdy nie przystąpiło do konwencji zakazujących wytwarzania, posiadania i stosowania broni nuklearnej, biologicznej i chemicznej. Jest powszechnie wiadome, że Izrael dysponuje sporymi zapasami broni masowej zagłady. Co więcej, same USA potajemnie pomogły Izraelowi wejść w posiadanie broni nuklearnej i być może pozostałych rodzajów broni masowego rażenia. Może więc w takim razie problemem nie jest broń chemiczna czy biologiczna, ale nuklearna. Gdyby Iran dążył do posiadania broni chemicznej bądź biologicznej, to Waszyngton machnąłby na to ręką, ale broń nuklearna, to już co innego. Myślę, że to wyjaśnienie również jest naciągane. Broń biologiczna potrafi być równie śmiercionośna i niebezpieczna dla ludzkości jak broń nuklearna. Historia pokazuje, że morowe powietrze potrafi zabić więcej ludzi niż jakiekolwiek inne nieszczęście nękające ludzkość. Co więcej, skutki użycia broni jądrowej można w dużej mierze przewidzieć i kontrolować, natomiast nie da się tego powiedzieć o broni biologicznej. Jeśli raz wypuści się śmiertelnie groźne zarazki i wywoła zarazę, to nie można być do końca pewnym, ile osób zginie.
Wielce wymowny jest też przykład Korei Północnej. Otóż państwo to parę lat temu oficjalnie przyznało się do posiadania i wytwarzania broni jądrowej. Co więcej, w październiku 2006 r. przeprowadziło podziemną eksplozję jądrową odnotowaną przez stacje sejsmiczne w całej Azji, co dodało wiarygodności temu oświadczeniu. Mimo to Korea Północna nie spotkała się z uderzeniem ze strony USA. Jakże odmiennie postąpiono w przypadku Iraku, który USA oskarżyły o posiadanie broni masowej zagłady (nawet nie nuklearnej, tylko chemicznej i biologicznej), po czym najechały. Z kolei Iran najprawdopodobniej takie uderzenie niedługo spotka, tyle że ze strony Izraela. Owszem po eksplozji nuklearnej w październiku 2006 r. były głosy oburzenia i potępienia, zużyto kolejne tony papieru na różnego rodzaju deklaracje, nawet trochę zaostrzono wymierzone w Koreę Północną sankcje, ale generalnie rzecz biorąc sprawa szybko ucichła i nie nastąpiła żadna poważna reakcja ze strony USA. Czemu Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna nie została zaatakowana, a Irak został? Według mnie można to wytłumaczyć na 4 różne sposoby:
- USA nie zaatakowały Korei Północnej, bo uważają ją za chińską strefę wpływów i obawiają się bardzo negatywnej reakcji ChRL na ewentualną interwencję zbrojną na Półwyspie Koreańskim;
- USA nie zaatakowały Korei Północnej, bo nie ma tam żadnych pokaźnych złóż ropy naftowej, gazu ziemnego, czy innych strategicznych surowców, a takie są w Iraku czy Iranie;
- USA nie zaatakowały Korei Północnej, bo to państwo nie zagraża Izraelowi, natomiast Irak zagrażał, a Iran nadal zagraża. Japończycy czy mieszkańcy Korei Południowej nie mają zaś takich wpływów w USA, jak mają Żydzi;
- USA nie zaatakowały Korei Północnej, gdyż państwo to już dysponuje bronią jądrową i na ewentualny atak mogłoby odpowiedzieć jej użyciem, co pociągnęłoby za sobą ofiary liczone w setkach tysięcy ludzi. Z drugiej strony, należy jednak zauważyć, że jeśli w istocie to wyjaśnienie jest prawdziwe, to takie postępowanie USA wręcz zachęca różnej maści dyktatorów do jak najszybszego wyprodukowania broni masowej zagłady, bowiem gwarantuje to, że ich państwa nie zostaną najechane przez USA, a oni sami nie zostaną w wyniku takiego najazdu obaleni. Polityka USA mająca więc oficjalnie na celu powstrzymywanie rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia na świecie byłaby w tym ujęciu kontrproduktywna, bowiem powoduje skutki dokładnie przeciwne do zamierzonych. [5]
Raz, dwa, trzy, dziś nazistą będziesz ty!
W stosunku do Iranu w zachodnich mediach już od kilku lat stosuje się zorganizowaną i zakrojoną na szeroką skalę kampanię oczerniania i szkalowania. W ostatnich miesiącach ta kampania nabiera rozpędu, co moim zdaniem świadczy o zbliżającym się nalocie na irańskie instalacje nuklearne. [6] W tym krótkim artykule nie można opisać wszystkich przykładów przekłamań, zniekształceń i manipulacji w mediach zachodnich, których ofiarą padł (i wciąż pada) Iran. Skupię się więc tylko na przytoczeniu dwóch wybranych przykładów.
Kilka tygodni temu świat obiegła informacja o irańskiej nastolatce Delarze Darabi, która będąc jeszcze osobą niepełnoletnią zabiła swoją ciotkę w napadzie rabunkowym. W 2007 r. Darabi została skazana przez sąd irański za współudział we włamaniu i morderstwie dokonanym wspólnie ze swoim chłopakiem Amirem Hosseinem na karę śmierci. Sąd Najwyższy Iranu podtrzymał wyrok. Nagle ktoś wyciągnął tę mało znaną sprawę kryminalną na światło dzienne i zaczęły o tym pisać media na całym świecie. Tego typu spraw na świecie dzieje się tysiące, ale akurat ta przykuła uwagę zachodnich mediów. Organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka z Amnesty International na czele biły na alarm. Prasa na świecie surowo potępiła Iran za stosowanie kary śmierci na osobach, które w chwili popełnienia zbrodni były nieletnie. Szczególnie aktywne pod tym względem były media amerykańskie. Pisano również o tym, iż Delara Darabi była utalentowaną malarką i nawet pokazywano niektóre z jej obrazów. Ogólnie rzecz biorąc, przedstawiano tę dziewczynę jako niewinną ofiarę podłego reżimu. Karę śmierci wykonano przez powieszenie. W tym miejscu należy sobie zdać sprawę, że krajem gdzie często stosuje się karę śmierci za podobne zbrodnie jest USA (skądinąd znane z bardzo surowego podejścia do kryminalistów). Co więcej, przez wiele lat w niektórych amerykańskich stanach wykonywano karę śmierci na osobach niepełnoletnich i takich, które w chwili popełnienia zbrodni były niepełnoletnie. Dopiero w 2005 r. Sąd Najwyższy USA ostatecznie uznał stosowanie kary śmierci wobec osób poniżej 18 roku życia za niezgodne z konstytucją. Do wydania tego orzeczenia USA było jedynym krajem demokratycznym, gdzie prawo zezwalało na skazywanie i wykonywanie kary śmierci na dzieciach. Przykładowo minimalny wiek zezwalający na skazanie dziecka na śmierć wynosił 16 lat w przypadku Teksasu, Wirginii czy Indiany. W tej ostatniej jednak aż do 1987 r. można było skazać na śmierć dziecko pod warunkiem, że w momencie popełniania zbrodni miało więcej niż 10 lat. [7] Teoretycznie więc nawet osoba, która dokonała morderstwa w wieku 11 lat mogła skończyć na krześle elektrycznym. Oczywiście w praktyce takie rzeczy zdarzały się bardzo rzadko, ale w przypadku 16-letnich zabójców już nie tak rzadko. Nadal w niektórych amerykańskich stanach możliwe jest wykonanie wyroku śmierci na osobie, która w chwili dokonania zbrodni miała mniej niż 18 lat, ale samej egzekucji można dokonać dopiero, gdy skazaniec jest już pełnoletni. W tym kontekście, wytykanie przez Amerykanów Iranowi kary śmierci na Delarze Darabi wydaje się – delikatnie mówiąc – nieco niestosowne. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jestem przeciwnikiem kary śmierci w ogóle, a już tym bardziej na dzieciach. Uważam jednak, że nie można stosować podwójnych standardów w nagłaśnianiu i ocenianiu pewnych spraw, ani morderczyń przedstawiać jako aniołki, choćby nie wiem jak ładne obrazy malowały. Grzeczne dziewczynki używają noża do krojenia chleba, a nie do dźgania cioć.
Drugim bardzo charakterystycznym przykładem na szkalowanie Iranu jest pewna sprawa z 2006 r. Otóż kanadyjska gazeta „The National Post” napisała, że Madżlis (irański parlament) uchwalił ustawę, która obligowała członków mniejszości narodowych do noszenia w miejscach publicznych specjalnych opasek, dzięki którym można byłoby ich wyróżnić z tłumu. I tak według kanadyjskiej gazety wyznawcy zaratustrianizmu mieli nosić na ramieniu niebieskie opaski, chrześcijaństwa czerwone, a judaizmu żółte. Co sobie mógł pomyśleć przeciętny Europejczyk czy Amerykanin, gdy się o tym dowiedział? Mnie osobiście od razu przyszło na myśl znakowanie Żydów przez nazistów w czasie II wojny światowej naramiennymi opaskami z Gwiazdą Dawida. Przypuszczam, że nie tylko mnie takie skojarzenie się nasunęło. Wieści o owej ustawie zostały szybko podchwycone przez światowe media. Artykuł był cytowany prawie na całym świecie. Centrum Szymona Wiesenthala wysłało oficjalny protest do ONZ. Liczne pozarządowe organizacje walczące o przestrzeganie praw człowieka podniosły alarm. Premierzy Kanady i Australii oraz rzecznik prasowy Departamentu Stanu USA porównali Iran do hitlerowskiej III Rzeszy. W ostrych oświadczeniach potępiano Iran tu i ówdzie. Tymczasem wnet po ukazaniu się owych doniesień irański Żyd – członek Madżlisu – Maurice Motammed stanowczo zaprzeczył tym „rewelacjom”. [8] Określił całą historię mianem wierutnego kłamstwa i całkowicie sfabrykowaną obelgą wymierzoną we wszystkich Irańczyków. Motammed zapewniał, że był w parlamencie irańskim, kiedy ten debatował i głosował nad ustawą mającą na celu promowanie irańskiego i islamskiego ubioru u kobiet i nie było tam mowy o żadnych mniejszościach religijnych, opaskach. [9] Jednakże mleko już się rozlało. Ludzie na całym świecie mogli „dowiedzieć się” o quasi-nazistowskich praktykach w Iranie. Jak powiedział James Callaghan „kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty”. Artykuły i wzmianki prasowe prostujące nieprawdziwą informację nie zawsze ukazywały się, a jeśli już to na mniej eksponowanych stronach, gdzieś hen w głębi gazet między doniesieniami o życiu intymnym Paris Hilton a wieściami o kolejnej wpadce językowej George’a W. Busha. Skąd się wzięła ta kaczka dziennikarska? Kto i w jakim celu to wymyślił? Czy ktoś podrzucił dziennikarzom nieprawdziwe informacje, czy to sami dziennikarze wyssali całą historię z palca? A może to była zwykła pomyłka, jakich wiele i nic więcej. No cóż, trzeba przyznać, że Iran jest pechowym państwem, bo ostatnimi czasy wyjątkowo często pada ofiarą tego typu pomyłek.
Obiektywne media?
W kontekście antyirańskiej kampanii propagandowej trzeba uczciwie napisać o jeszcze jednym bardzo ważnym czynniku, o którym rzadko się pisze, a który ma w tym wypadku – jak sądzę – bardzo duże znaczenie. Jest to temat tabu, którego poruszanie bywa niebezpieczne, gdyż można łatwo narazić się na zarzut antysemityzmu, a takie posądzenie jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą spotkać osoby wypowiadające się publicznie. Mianowicie, mam tu na myśli wpływy osób pochodzenia żydowskiego w światowych mediach. A są one trudne do przecenienia. Jest to temat nadający się na odrębny artykuł, dlatego pozwalam sobie poniżej zaledwie zarysować to zagadnienie. 3 największe światowe agencje prasowe: Reuters, Agence France Press i Associated Press są w dużej mierze kontrolowane przez osoby pochodzenia żydowskiego (ta ostatnia nieco mniej). Najsłynniejsza światowa agencja prasowa Reuters została założona w 1865 r. przez Josephata Reutera (później zmienił imię na Julius). Z kolei Agencja Informacyjna Havas – bezpośrednia poprzedniczka Agence France Press – została założona w 1832 przez dwóch przedsiębiorców żydowskich Charlesa Louisa Havasa i Bernharda Wolfa. Ich potomkowie do dziś pozostają dominującymi udziałowcami agencji (a co za tym idzie mają wpływ na prezentowane w nich treści). Z kolei w USA trzy największe telewizje to National Broadcasting Company (NBC), Columbia Broadcasting System (CBS) i American Broadcasting Company (ABC). Akcjonariat owych telewizji jest wprawdzie zazwyczaj rozproszony, niemniej jednak dużą część udziałów w tych spółkach mają Amerykanie pochodzenia żydowskiego. Znajduje to odzwierciedlenie chociażby w składzie zarządów i rad nadzorczych owych spółek. Przykładowo prezesem i CEO NBC jest Jeffrey Zucker. Założycielami CBS i NBC byli żydowscy imigranci z Rosji, odpowiednio William Samuel Paley i David Sarnoff. Prezesem i CEO CBS jest Leslie Moonves (notabene krewny Dawida Ben Guriona – pierwszego premiera Izraela). Sumner Redstone i jego rodzina są większościowymi udziałowcami CBS Corporation i jednego z największych światowych koncernów medialnych Viacom. Prezesem i CEO Walt Disney Company, która jest właścicielem stacji ABC jest Robert Iger. Prezesem amerykańskiej telewizji publicznej Public Broadcasting Service (PBS) jest Neil Shapiro. Jeden z największych i najsłynniejszych magnatów medialnych Rupert Murdoch jest pół-Żydem (jego matka Elisabeth Joy Greene była Żydówką).
Również znaczna część najbardziej opiniotwórczej amerykańskiej prasy jest w rękach przedsiębiorstw, których liczącymi się – jeśli nie dominującymi akcjonariuszami – są amerykańscy Żydzi. I w tym wypadku znaleźć można tego odzwierciedlenie w składzie zarządów i kolegiów redakcyjnych. Dla przykładu prezesem The New York Times Company („The New York Times” jest trzecią pod względem nakładu gazetą w USA) jest Arthur Sulzberger Jr. [10] CEO i przewodniczącym rady The Washington Post Company jest Donald E. Graham. Wydawcą i właścicielem „New York Daily News” (piątej co do nakładu amerykańskiej gazety) jest Mortimer Zuckerman.
Z kolei Persowie nie mają praktycznie żadnych wpływów w zachodnich mediach. Czy ma to znaczenie? Według mnie ma. Nie bez podstaw o mediach mówi się, że to czwarta władza. Nie może więc dziwić to, że żydowski/izraelski punkt widzenia jest o wiele częściej przedstawiany w zachodnich – szczególnie amerykańskich mediach – niż irański. A jeśli już jacyś Irańczycy mają okazję się wypowiedzieć w mediach, to bardzo często są to emigranci irańscy, zwolennicy dyktatury szacha lub ich potomkowie. Te środowiska absolutnie nie są reprezentatywne dla całego Iranu, natomiast ze zrozumiałych względów są bardzo krytycznie nastawione do państwa ajatollahów. Wszelkie sprawy, które w złym świetle przedstawiają Iran są nagłaśniane i uwypuklane, a te które w korzystnym świetle przedstawiają Iran są wyciszane lub po prostu w ogóle się o nich nie informuje.
Konsekwentna argumentacja?
Kolejna sprawa, która wymaga uwagi to bezstronność, neutralność i obiektywizm w podejściu do Iranu ze strony USA i innych wielkich mocarstw. Intelektualna uczciwość wymaga stosowania tych samych kryteriów w myśl nowotestamentowej zasady „jaką miarą mierzysz, taką i Tobie odmierzą”. Stosowanie podwójnych standardów czy kryteriów jest czymś niesprawiedliwym i zbliża się do tzw. moralności Kalego. Obserwując od dłuższego czasu politykę państw zachodnich wobec Iranu, dostrzegam niespójne intelektualnie stanowisko i dobieranie sobie argumentów w sposób utylitarystyczny. Podam przykład. Otóż kiedy pokojowo nastawiony, umiarkowany, ugodowy i opowiadający się za liberalizacją ustroju Mohammed Chatami sprawował urząd prezydenta Iranu w latach 1997-2005, to jego pojednawcze gesty i wypowiedzi w Waszyngtonie zbywano, mówiąc, że nie ma on realnej władzy, bo tak naprawdę w Iranie rządzą ajatollahowie. Niejednokrotnie można było usłyszeć ten argument z ust polityków amerykańskich, brytyjskich i izraelskich. Waszyngton, Londyn i Tel Awiw powiadały tak: „nie liczy się to, co mówi i robi Chatami, liczy się to, co mówią i robią ajatollahowie, bo to oni sprawują realną władzę”. Tak więc pojednawcze wypowiedzi i gesty Chatamiego należy odrzucić i nie przykładać do nich zbyt wielkiej wagi. Poza tym podkreślano w tym kontekście, że wybory w Iranie nic nie znaczą; że urzędy, które są obsadzane w drodze wyborów są urzędami drugorzędnymi i jest to dowód na niedemokratyczność Iranu. Oczywiście można przyjąć takie stanowisko, ale trzeba być konsekwentnym. Tymczasem kiedy prezydentem został radykalny, ostro wypowiadający się Mahmud Ahmadineżad, to nagle ten argument przestał być przytaczany. Teraz jego wypowiedzi zaczęły być nagłaśniane. Wskazywano, że świadczą one o agresywnych zamiarach Teheranu, o tym, że jest to państwo niebezpieczne, nieprzewidywalne, wojownicze, stanowiące zagrożenie dla swoich bliższych i dalszych sąsiadów, a nawet dla całego świata (vide tarcza antyrakietowa). Jeśliby jednak być konsekwentnym, to należałoby raczej zlekceważyć te wypowiedzi, bo w końcu Ahmadineżad może gadać różne głupstwa i pleść trzy po trzy, ale tak naprawdę liczy się to, co mówią ajatollahowie z Najwyższym Przywódcą Alim Chameneim na czele. A jednak tak się nie stało. Odnoszę wrażenie, że argumenty w kwestii Iranu są dobierane w zależności od tego, jak pasują USA i Izraelowi, (prawie zawsze tak, by w złym świetle przedstawić Iran).
Bezstronni pośrednicy?
Po rokowaniach w Camp David palestyńscy negocjatorzy publicznie skarżyli się, że mieli negocjować z jedną żydowską delegacją, a zmuszeni zostali do prowadzenia negocjacji z dwoma żydowskimi delegacjami (jedną z Izraela, a drugą z USA). [11] Nasuwa się pytanie, czy pośrednikiem w negocjacjach nie powinno być państwo czy też ludzie bezstronni, niepowiązani w istotny sposób ze skłóconymi stronami, obiektywni, niezaangażowani emocjonalnie w konflikt, neutralni. Problem ten nie dotyczy tylko konfliktu palestyńsko-izraelskiego, ale także irańskiego programu nuklearnego. Próbę rozwiązania sporu podjęła się grupa mocarstw złożona z USA, Rosji, Chin, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Ale czy mediacja Francji pod rządami Nicolasa Sarkozy’ego może być stosunkowo bezstronna i czy francuski prezydent z żydowskimi korzeniami nie będzie popierał stanowiska izraelskiego? Czy brytyjski minister spraw zagranicznych David Miliband, również mający żydowskie korzenie, nie będzie skłaniał się ku ostremu stanowisku w stosunku do Iranu? Czy Federacja Rosyjska, w której interesie leżą jak najwyższe ceny ropy naftowej nie będzie robiła wszystkiego, by wywołać na Bliskim Wschodzie wojnę? Czy Niemcy jako państwo odpowiedzialne za Holokaust będą starały się rozstrzygnąć spór sprawiedliwie, czy też w ramach odkupienia win z przeszłości będą popierały stanowisko izraelskie? Trzeba pamiętać, że politycy w Izraelu cały czas namawiają i zachęcają USA, Wielką Brytanię, Francję i inne mocarstwa do stanowczej i zdecydowanej postawy w stosunku do Teheranu. Z perspektywy Iranu wygląda to pewnie tak, że wszystkie te państwa po prostu się nie niego uwzięły.
Neutralni korespondenci?
Krótkiego omówienia wymaga również sprawa wydalania korespondentów i dziennikarzy zagranicznych z Iranu. W ostatnich dniach, kiedy to na ulicach Teheranu odbywają się demonstracje i zamieszki, media światowe donoszą również o licznych aresztowaniach, wydalaniu czy nawet biciu zagranicznych dziennikarzy przez policję lub basidżów (członkowie irańskiej organizacji paramilitarnej o charakterze masowym). Z pewnością takie wydarzenia rzeczywiście mają tam miejsce. Już wcześniej zresztą, przy okazji sprawy aresztowanej i oskarżonej o szpiegostwo amerykańskiej dziennikarki pochodzenia perskiego Roxany Sabeli, media donosiły o prześladowaniach cudzoziemskich dziennikarzy w Iranie. W tym miejscu wymaga podkreślenia to, że część tych korespondentów i dziennikarzy jest dziennikarzami tylko z nazwy. Nie ma co się łudzić. Wśród całej plejady prawdziwych dziennikarzy znajdują się także tacy, którzy współpracują ze służbami wywiadowczymi krajów, z których pochodzą jako ich agenci lub wręcz jako oficerowie tych służb pod przykryciem. Dziennikarstwo jest znakomitą przykrywką dla działalności szpiegowskiej. Pozwala uzasadnić liczne podróże i rozmowy z rozmaitymi ludźmi na różnorodne tematy. W razie aresztowania można podnieść larum, że oto w Iranie prześladuje się „niezależnych” dziennikarzy. Jeżeli zaś dziennikarzy z zagranicy podejrzanych o działalność szpiegowską Iran nie będzie wpuszczał na swoje terytorium, to oskarży się go tłamszenie wolności słowa, etc. Dla USA, które nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Iranem, a których stosunki gospodarcze z tym państwem są mocno ograniczone jedną z nielicznych możliwości prowadzenia działalności wywiadowczej na terytorium Islamskiej Republiki Iranu pozostaje właśnie podszywanie się pod dziennikarzy.
Poza tym, czy obowiązkiem dziennikarza nie powinno być w pierwszej kolejności rzetelne, bezstronne, neutralne i zdystansowane relacjonowanie rzeczywistości, tak by dać czytelnikom, słuchaczom i widzom możliwie jak najbardziej wszechstronny i pełny obraz wydarzeń? Według mnie korespondenci powinni angażować się po którejś ze stron tylko w skrajnych przypadkach, z którymi bardzo rzadko ma się do czynienia. Niektórzy korespondenci chyba o tym zapominają.
Kto kogo wspiera i dlaczego?
Iranowi zarzuca się też logistyczne, finansowe i wywiadowcze wspieranie szyickich bojowników i partyzantów w Iraku, co wpływa destabilizująco na sytuację w tym państwie i co nie podoba się Waszyngtonowi. Faktycznie takie wsparcie istotnie było udzielane przez Teheran rozmaitym szyickim ugrupowaniom politycznym i paramilitarnym. Z bardzo podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w samym Iranie. Otóż separatyści beludżyjscy, kurdyjscy oraz arabscy w Iranie byli wspierani przez amerykańskie i izraelskie służby specjalne, które dostarczały im broń, instruktorów, informacje wywiadowcze i środki finansowe. Nawiasem mówiąc, jeśli Iran oskarża się o wspieranie ugrupowań terrorystycznych, to o to samo należałoby oskarżyć również także USA oraz Izrael, bowiem wspierane przez służby specjalne tych państw ugrupowania paramilitarne irańskich Kurdów, Beludżów i Arabów też uciekają się do stosowania metod działania typowych dla terrorystów. Trudno teraz powiedzieć, kto zaczął pierwszy wspierać wrogie ugrupowania: Teheran w Iraku czy Waszyngton i Tel Awiw w Iranie. Mamy tu do czynienia z klasyczną sytuacją wyrażaną przez powiedzenie wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Wyraźny spadek liczby ataków na wojska amerykańskie w 2008 r. interpretuje się czasem jako efekt potajemnego porozumienia zawartego między Amerykanami a Irańczykami, mocą którego obie strony zobowiązały się do zaprzestania wspierania nieprzyjaznych sobie ugrupowań po obu stronach granicy iracko-irańskiej. [12] Jeżeli prawdą jest, że takie porozumienie zawarto, to wydaje się, że już ono nie obowiązuje, bowiem w Iraku znowu od początku wiosny notuje się wyraźną intensyfikację działalności zbrojnych ugrupowań antyamerykańskich. [13]
Żeby zrozumieć nieufność władz w Teheranie i zwykłych Irańczyków w stosunku do USA trzeba sobie uświadomić kilka faktów historycznych. Tak się składa, że jedynie prawdziwie demokratyczny rząd w Iranie – jakim był rząd premiera Mohammeda Mossadegha – został obalony w 1953 r. w wyniku operacji wywiadowczej od początku do końca zorganizowanej przez CIA we współpracy z MI6. Operacja Ajax, bo tak się ona nazywała, była kierowana z ambasady amerykańskiej w Teheranie przez Kermita Roosevelta. [14] W jej wyniku został obalony demokratyczny i cieszący się dużym poparciem społecznym rząd Mossadegha, a wyniesiony do władzy szach Reza Pahlavi – jak się później okazało jeden z bardziej skorumpowanych, zdemoralizowanych i okrutnych tyranów na Bliskim Wschodzie. Jego rządy trwały aż do 1979 r. i przez cały ten czas był mocno wspierany przez Amerykanów tudzież Brytyjczyków. Stosunki amerykańsko-irańskie za rządów szacha układały się bardzo dobrze. Amerykańskie i zachodnie korporacje zdobywały lukratywne kontrakty czy to na sprzedaż broni, czy to na zagospodarowanie złóż surowców energetycznych, czy to na rozbudowę infrastruktury. Posłuch społeczny zapewniała szachowi i jego stronnikom osławiona tajna policja polityczna SAVAK, przy której współcześni basidżowie to prawdziwi dżentelmeni. Szach jeździł sobie na wakacje w kurorty alpejskie, a naród klepał biedę. W końcu gniew narodu znalazł ujście w 1979 r. w trakcie rewolucji islamskiej. Dodajmy uczciwie, że nie bez wsparcia KGB i GRU. Stara prawda mówiąca, że mało co bywa staranniej zorganizowane niż tzw. spontaniczne bunty i w tym wypadku się potwierdziła. Gdy tylko rewolucja zakończyła się sukcesem politycy w Waszyngtonie postanowili położyć kres radości Irańczyków i podjudzili swojego człowieka w Iraku – Saddama Husajna – do zaatakowania Iranu. [15] Wybuchła najkrwawsza na Bliskim Wschodzie i długotrwała wojna na wyczerpanie zwana wojną iracko-irańską. Toczyła się ona w latach 1980-88. W jej trakcie obie strony użyły m.in. broni chemicznej. Bezsensowna wojna zakończyła się powrotem do status quo ante belli. Koszty i straty finansowe, jakie poniosła strona irańska szacuje się na przynajmniej 500 mld $. [16] W wojnie śmierć poniosło od 200 tys. do 800 tys. Irańczyków – w większości cywilów, przy czym raczej ta druga liczba jest bliższa prawdy. Przez cały okres wojny Irak Saddama Husajna był wspierany finansowo, zbrojnie i wywiadowczo przez USA. W późniejszym okresie wojny Waszyngton zaczął też potajemnie wspierać Iran (vide afera Iran-Contras), co miało na celu przedłużenie wojny i wykrwawienie obu stron. Henry Kissinger swego czasu wypowiedział dość symptomatyczne słowa o wojnie iracko-irańskiej: Szkoda, że obie strony nie mogą przegrać. Jak by tego wszystkiego było mało Biały Dom nałożył na Iran różnego rodzaju embarga i skutecznie przekonywał czy wręcz przymuszał inne państwa do podjęcia podobnych kroków, a to dotkliwie godzi w gospodarkę irańską, hamuje rozwój państwa i wpływa na obniżenie stopy życiowej przeciętnego mieszkańca Iranu. Co więcej, w miarę upływu czasu polityka Białego Domu w tej materii ulega zaostrzeniu.
Nic dziwnego, że Irańczycy traktują USA z daleko idącą rezerwą, a w propagandzie ajatollahów częstokroć używa się w stosunku do USA sformułowania „Wielki Szatan”. Irańskie doświadczenia historyczne z USA są radykalnie odmienne od polskich. Bliżej im do naszych doświadczeń z Niemcami czy Rosją. Teheran jest głęboko zaniepokojony amerykańskimi wpływami w regionie. Irańczycy czują się autentycznie zagrożeni możliwością agresji ze strony USA. Wielu z nich jest szczerze przekonanych, że Waszyngton ciągle kombinuje i spiskuje, jak by tu położyć łapy na irańskich gigantycznych zasobach ropy naftowej i gazu ziemnego. Iran prawie z każdej strony jest otoczony przez nieprzyjaciół i sojuszników Waszyngtonu. Od zachodu graniczy z okupowanym przez wojska amerykańskie Irakiem i NATO-wską Turcją. Od południa po drugiej stronie Zatoki Perskiej ma za sąsiadów arabskie reżimy zaprzyjaźnione z USA. Od wschodu graniczy z Afganistanem, w którym stacjonują wojska amerykańskie i z Pakistanem – sojusznikiem USA (choć w sojuszu trzeszczy). Od północy graniczy z proamerykańską Gruzją. Nawet w Azerbejdżanie Amerykanie mają spore wpływy. W zasadzie jedynym państwem, z którym Iran graniczy, a w którym wpływy amerykańskie są znikome jest Turkmenia. W większości państw sąsiadujących z Iranem Amerykanie założyli swoje bazy wojskowe. To wszystko powoduje, że Irańczycy czują się jak w oblężonej twierdzy. Irański program nuklearny zarówno w oczach władz, jak i większości obywateli służyć ma zabezpieczeniu się przed realnym niebezpieczeństwem amerykańskiego najazdu. Wojownicze wypowiedzi wielu prominentnych członków poprzedniej ekipy w Białym Domu (przede wszystkim neokonserwatystów i ich sympatyków), którzy otwarcie nawoływali do zaatakowania Iranu, tylko utwierdzają Irańczyków w tym przekonaniu.
Kto tu rządzi?
Jak już wspomniałem Iranowi zarzuca się też, że rządzą nim ludzie nie pochodzący z wyboru demokratycznego, przede wszystkim zaś tzw. Najwyższy Przywódca (obecnie Ali Chamenei). Jest to półprawda. Prawdą jest, że Najwyższy Przywódca nie jest wybierany w głosowaniu powszechnym. Najwyższego Przywódcę wybiera tzw. Zgromadzenie Ekspertów (w niektórych publikacjach można się też spotkać z tłumaczeniem: Rada Ekspertów). Zgromadzenie Ekspertów składa się z 86 mudżtahidów (uczonych muzułmańskich) wybieranych na ośmioletnią kadencję w wyborach powszechnych przez ogół dorosłych mieszkańców Iranu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w wielu demokratycznych krajach wyboru głowy państwa (prezydenta) dokonuje parlament (np. w Republice Czeskiej czy Republice Federalnej Niemiec), choć zazwyczaj ma ona mniejsze uprawnienia niż Najwyższy Przywódca. [17]
Ale czy tego samego nie można powiedzieć o np. USA? Czy Barack Obama jest politykiem niezależnym i samodzielnym? Odnoszę wrażenie, że mimo iż Amerykanie wybrali Baracka Obamę na prezydenta swojego kraju, to jednak sekretarz stanu Hillary Clinton ma więcej do powiedzenia w Białym Domu niż sam Barack Obama, a już z pewnością ma więcej do powiedzenia w kwestii polityki zagranicznej. Gdyby Obama był niezależnym politykiem, to nie zostałby zmuszony do nominowania na stanowisko sekretarz stanu swojej głównej rywalki w Partii Demokratycznej, której większość Amerykanów nie zaufało. Owszem Barack Obama jest świetnym mówcą i ponadprzeciętnym retorem, dobrze się prezentuje, sypie dowcipami jak z rękawa, często się uśmiecha, pokazuje się z córkami, ściska wyborcom dłonie. Jednym słowem wykonuje te zadania, które z założenia miał wykonywać. Ale nie on podejmuje kluczowe decyzje. To nie on nadaje kierunek amerykańskiej polityce (a już na pewno nie zagranicznej). Moim zdaniem to zaledwie gra pozorów. Ton amerykańskiej polityce zagranicznej nadaje Hillary Clinton oraz jej dwaj zastępcy Jacob Lew i James Steinberg. Nawiasem mówiąc wszyscy trzej prezentują bardzo proizraelskie poglądy, co znowu nie wróży dobrze Iranowi. O słabej pozycji Baracka Obamy świadczą również pojawiające się w USA co jakiś czas zarzuty, że tak naprawdę nie urodził się on na terytorium USA, lecz w Indonezji, a jeśli to prawda, to oznacza to, że nie mógł zostać legalnie prezydentem USA, ponieważ amerykańska konstytucja wyraźnie stwierdza, iż prezydentem USA może zostać tylko i wyłącznie osoba urodzona w USA. Jeżeli Barack Obama będzie próbował prowadzić zbyt samodzielną politykę, to wcale się nie zdziwię, jeśli ten argument zostanie podniesiony przed Sądem Najwyższym.
By nie uciekać daleko, również na naszym polskim podwórku mieliśmy do czynienia z sytuacjami, w których de facto rządy sprawowały osoby formalnie o niższych stanowiskach np. premierem był Jerzy Buzek, ale de facto rządził Marian Krzaklewski; premierem był Kazimierz Marcinkiewicz, ale de facto rządził Jarosław Kaczyński; dziś premierem jest Donald Tusk, ale niektórzy twierdzą, że to Grzegorz Schetyna de facto podejmuje najistotniejsze decyzje; szefem policji nominowano Marka Papałę, ale jego zastępcą został Roman Kurnik (tylko dlatego, że miał esbecką przeszłość i jego nominacja na szefa policji wzbudziłaby oburzenie opozycji). Dziennikarze śledczy twierdzą, że tak naprawdę polską policją wówczas w istocie kierował formalny zastępca szefa policji, czyli właśnie Roman Kurnik. W USA też wielokrotnie mieliśmy do czynienia z tego typu układami np. Henry Kissinger kształtował amerykańską politykę zagraniczną w stopniu o wiele większym niż Richard Nixon. Podobnych przykładów z całego świata można podać multum.
Szlachetne intencje?
Fałszerstwa wyborcze w Iranie spotkały się słusznie z dezaprobatą światowej opinii publicznej. Jednakże w przypadku niektórych deklaracji polityków można mieć wątpliwości co do ich szczerości. Przykładowo, 20 czerwca br. Izba Reprezentantów Kongresu USA niemal jednomyślnie, bo tylko z jednym głosem sprzeciwu (Rona Paula – kongresmana z Teksasu), uchwaliła niewiążącą rezolucję potępiającą użycie przez władze w Teheranie przemocy wobec osób protestujących przeciw sfałszowaniu wyborów. Podobną rezolucję jeszcze tego samego dnia wydał amerykański Senat. Analogiczne deklaracje wydali politycy izraelscy. Owe rezolucje, oświadczenia, deklaracje i przemowy jak zwykle są pełne wzniosłych i górnolotnych sformułowań, w których wzywa się do rozstrzygnięcia sporu bez uciekania się do przemocy, podkreśla się solidarność z narodem irańskim, „wyraża się wsparcie dla wszystkich obywateli irańskich, którzy cenią sobie wartości wolności, praw człowieka, swobód obywatelskich i rządów prawa”, by posłużyć się słowami rezolucji Izby Reprezentantów.[18] Ale czy rzeczywiście Waszyngton szczerze i uczciwie liczy na pokojowe rozwiązanie impasu w Iranie? Śmiem w to wątpić. Moim zdaniem z punktu widzenia Waszyngtonu i Tel Awiwu wymarzonym finałem wyborów byłaby wojna domowa w Iranie. Izrael i USA od dawna stosują starą jak świat i ciągle aktualną zasadę „divide et impera” (dziel i rządź). Przykłady tego mamy chociażby w Autonomii Palestyńskiej, gdzie skłóca się ze sobą Fatah i Hamas, a następnie rozgrywa powstałe między tymi stronnictwami animozje; albo w Libanie z jego licznymi mniejszościami religijnymi. USA z kolei z powodzeniem praktykowały politykę skłócania ze sobą, a następnie podsycania konfliktu między Irakiem a Iranem. Sianie niezgody wewnątrz nieprzyjacielskiego kraju czy obozu, to bardzo skuteczna metoda osłabiania przeciwnika. Jeśli nie uda się doprowadzić do wojny domowej w Iranie, to może chociaż uda się sprowokować krwawą rozprawę z demonstrującą opozycją, która byłaby ostatecznym ciosem dla wizerunku Iranu na świecie i doskonałym usprawiedliwieniem nalotów na Iran. O tym, że izraelskie służby specjalne prawdopodobnie szykują prowokację wymierzoną w Iran pisałem jeszcze przed wyborami. [19] Izrael wcale nie będzie zadowolony jeżeli do władzy w Iranie dojdzie Mir Hosejn Musawi. Jak pisze Ephraim Kam z telawiwskiego Instytutu ds. Studiów Narodowego Bezpieczeństwa: „Z Ahmadineżadem jako prezydentem łatwiej Izraelowi wyjaśnić powagę irańskiego niebezpieczeństwa i są mniejsze szanse na to, że amerykańska administracja i europejskie rządy uwierzą, że możliwe jest dojście do wszechstronnego porozumienia z Iranem w kwestii nuklearnej.” [20]
Czas na zmiany
Wydarzenia w Iranie i konflikt na linii Teheran – Tel Awiw nader często próbuje nam się przedstawiać w czarno-białych barwach, Izrael jest cacy, Iran jest be; Musawi jest cacy, Ahmadineżad jest be. Zwłaszcza Amerykanie preferują tego typu przedstawianie rzeczywistości. My stoimy po stronie dobra, oni stoją po stronie zła. Jakkolwiek takie uproszczenia są kuszące, to jednak nie sposób trafnie opisać świata przy pomocy tylko dwóch kolorów, podczas gdy przyroda mieni się całą plejadą rozmaitych barw i odcieni. Tak samo jest i w polityce. Jak powiedział Zbigniew Brzeziński: „Większość Amerykanów wie o świecie bardzo mało, rozumie go jeszcze mniej i dlatego jest skłonna ulegać demagogii.” [21] I właśnie temu – manipulacji masami – służy takie opisywanie rzeczywistości. Gwoli sprawiedliwości i obiektywizmu należy też jasno powiedzieć, że odwrotne opisywanie bliskowschodniej rzeczywistości politycznej tzn. wybielanie Iranu i oczernianie Izraela też nie odpowiada prawdzie.
Czasy się zmieniają, prezydenci przychodzą i odchodzą, upadają dyktatury (szach), w ich miejsce powstają nowe (ajatollahowie), upadają imperia (ZSRR), w ich miejsce wyłaniają się nowe (ChRL). A jednak niekiedy odnoszę wrażenie, że pewne zasady w polityce zagranicznej USA nie ewoluują mimo upływu czasu i zmieniających się okoliczności. Jedną z takich nieustannie obowiązujących zasad w amerykańskiej polityce zagranicznej wyraził kiedyś Theodore Roosevelt następującymi słowy: „Może to i sukinsyn, ale to nasz sukinsyn!” Theodore Roosevelt powiedział te słowa jeszcze przed I wojną światową, ale nadal nadzwyczajnie trafnie opisują one politykę USA. Póki trwała zimna wojna, póty można było od biedy tę argumentację przyjąć (choć takie postawienie sprawy jest bardzo mocno naciągane). Jednakże zimna wojna skończyła się już dwie dekady temu. Obama ma rację kiedy mówi, że nadszedł czas zmian. W odniesieniu do amerykańskiej polityki zagranicznej proponuję zacząć zmiany od rezygnacji z popierania różnej maści dyktatur, zaprzestania bezkrytycznego popierania Izraela (w czynach, nie w słowach), zaprzestania używania demokratycznej, podniosłej i górnolotnej retoryki, której jednocześnie towarzyszy postępowanie motywowane niskimi, prymitywnymi pobudkami.
Historia pokazuje, że ilekroć Amerykanie wtrącali się w wewnętrzne sprawy Iranu, tylekroć bardzo dotkliwie odczuwali to mieszkańcy Iranu. To, kto będzie prezydentem Iranu, to sprawa tylko i wyłącznie Irańczyków. Inni (Waszyngton, Moskwa, Tel Awiw, Londyn, Rijad) nie powinni tu mieć nic do gadania. Mir Hosejn Musawi byłby prawie na pewno dużo lepszym prezydentem niż Mahmud Ahmadineżad, którego radykalne, niedyplomatyczne i głupie wypowiedzi wyrządzają wielkie szkody Iranowi i jego mieszkańcom. Trzeba jednak pamiętać, że i stronnictwo reformatorów nie jest krystalicznie czyste. Przykładowo za popierającym Musawiego Alim Akbarem Haszemim Rafsandżanim – najbogatszym Irańczyku – od wielu już lat ciągną się pogłoski o korupcji, nepotyzmie i niejasnych interesach, w które jest zamieszany. Oby obecny konflikt został rozstrzygnięty pokojowo, rękami samych Irańczyków i w zgodzie z duchem demokracji. Jeżeli którykolwiek z tych warunków nie zostanie spełniony, to przyszłość Iranu i całego Bliskiego Wschodu znajdzie się w olbrzymim niebezpieczeństwie.
Przypisy:
[1] W roku fiskalnym 2008 Egipt w ramach FMF otrzymał od rządu USA ok. 1,3 mld $ bezzwrotnej pomocy finansowej. http://www.fas.org/asmp/resources/110th/Function150.pdf, s. 31.
[2] Pakistan wprawdzie nie zalicza się do państw regionu Bliskiego Wschodu, ale jest sąsiadem Iranu.
[3] O polityce USA wobec Islamskie Republiki Iranu patrz: E. Yazdani, R. Hussain, United States’ Policy towards Iran after the Islamic Revolution: An Iranian Perspective, „International Studies”, 2006, Vol. 43.
[4] Patrz: T. Khaitoumi, Arab Reaction to a Nuclear-Armed Iran, The Washington Institute for Near East Policy „Policy Focus” No. 94, s. 13-15.
[5] Obecnie Biały Dom przyjmuje – jak się wydaje – bardziej zdecydowane stanowisko w stosunku do Korei Północnej, ale chyba jest już za późno
[6] Patrz: http://www.psz.pl/tekst-20467/Przemyslaw-Furgacz-Czy-latem-Izrael-zbombarduje-Iran.
[7] http://www.in.gov/ipdc/general/indianadpfactsheet.pdf.
[8] Mało znanym faktem jest, że w Iranie mieszka największa na Bliskim Wschodzie – po Izraelu rzecz jasna – społeczność żydowska, licząca ponad 25 tys. osób. Nie jest to nagłaśniane, zapewne dlatego, że przeczy wizerunkowi nietolerancyjnego, fanatycznego Iranu, jaki usiłuje się zaszczepić na Zachodzie.
[9] Irańscy Żydzi nie będą musieli chodzić w opaskach, „Gazeta Wyborcza”, http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34217,3360051.html.
[10] The New York Times Company jest właścicielem nie tylko gazety „The New York Times”, ale też blisko 40 innych amerykańskich gazet, w tym takich tytułów jak „International Herald Tribune i „The Boston Globe”.
[11] J.S. Mearsheimer, S.M. Walt, The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy, „The Lomdon Review of Books” Vol. 28, No. 6, s. 19-20.
[12] 314 zabitych w Iraku, http://www.altair.com.pl/start-2322.
[13] T. Otłowski, Zamki na piasku, „Polska Zbrojna” nr 23-24/2009, s. 45-47.
[14] Dlatego powstańcy w trakcie rewolucji islamskiej 1978-79 zajęli ambasadę amerykańską z obawy przed powtórzeniem się scenariusza z 1953 r. Szerzej o obaleniu Mossadgha: http://www.iranchamber.com/history/coup53/coup53p1.php.
[15] O tym jak CIA wyniosła do władzy w Iraku partię Baas, a później Saddama Husajna, a także o innych mało znanych w Polsce aspektach współpracy na linii Waszyngton-reżim Saddama Husajna patrz: P. Łepkowski, Butem w CIA, „Najwyższy Czas” 3-10 I 2009, s. 28-30.
[16] Patrz: http://encarta.msn.com/encyclopedia_761580640_2/Iran-Iraq_War.html
[17] Krytycy ustroju Islamskiej Republiki Iranu wskazują, że kandydaci na różne ważne urzędy jak prezydenta czy członka Zgromadzenia Ekspertów najpierw muszą być zatwierdzeni przez władze. Na pewno ogranicza to opcje, jakie mają do wyboru Irańczycy. Praktyka pokazuje jednak, że władze w Teheranie dopuszczają do kandydowania również ludzi z obozu reformatorów, jak np. Chatamiego, Musawiego, Karrubiego.
[18] US Congress takes stance on Iran election, http://www.presstv.ir/detail.aspx?id=98608§ionid=3510203.
[19] Patrz: http://www.psz.pl/tekst-20467/Przemyslaw-Furgacz-Czy-latem-Izrael-zbombarduje-Iran „
[20] E. Kam, The Outcome of Iran's Presidential Elections, „INSS Insight” No. 115, http://www.inss.org.il/publications.php?cat=21&incat=&read=3029.
[21] Jak się nie porozumiemy, to się pozabijamy, rozmowa ze Z. Brzezińskim, „Gazeta Wyborcza”, 14-15 III 2009, s. 20.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje