Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Adam Jarosz: Polsce i Niemcom potrzeba partnerstwa, nie pojednania


09 luty 2009
A A A
Przez długie lata mówiło się o pojednaniu między Polakami, a Niemcami. Dziś po wielu gestach i symbolicznych chwilach można uznać, że pojednanie się dokonało. Wobec tego trzeba pójść o krok dalej.

W okresie po 1989 roku istniało kilka powodów dla których Polska i Niemcy nie potrafiły wypracować wspólnoty interesu z prawdziwego zdarzenia. Na początku lat 90-tych Polska była mało atrakcyjnym partnerem dla Niemiec, ze względu na swą trudną sytuację gospodarczą. Wpływ na brak dialogu miały też trwające przemiany ustrojowe w Polsce i we wschodnich Niemczech. Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z wejściem Polski w struktury NATO i UE oraz z dynamicznym rozwojem gospodarczym. Polska jako uczestnik najbardziej elitarnych związków państw na świecie chce prowadzić politykę samodzielną i niezależną, a Niemcy traktować jako równorzędnego partnera. RFN zdaje się zupełnie nie dostrzegać szansy jaką ten stan rzeczy stworzył.

W Niemczech w dalszym ciągu dominuje podejście paternalistyczne i chęć bycia adwokatem Polski w UE. Politycy w Berlinie momentami sprawiają wrażenie jak gdyby przyjęcie Polaków do tego elitarnego, europejskiego grona miało na celu zapewnienie sobie spokoju i stabilizacji na wschodzie, nowych rynków zbytu i narzędzia do wspierania swoich interesów w zamian za fundusze strukturalne. Nieprawidłowość i krótkowzroczność tego myślenia obnażyli bracia Kaczyńscy. Blokując reformy instytucji unijnych pokazali Niemcom i innym krajom starej Unii, że Polska włączona do mechanizmu wspólnotowego ma prawo i musi być traktowana jak równorzędny partner, a nie tylko jak młodszy brat, który za zastrzyk gotówki ślepo zgodzi się na wszystko, co zostanie mu podane. Jak pokazują różne zdarzenia z okresu rządów PiSu, radykalne podejście do niektórych spraw było potrzebne zarówno Polsce, jak i starej Unii. Dopiero, gdy ekipa Kaczyńskich głośno, czasami zbyt dosadnie zaczęła wyrażać niezadowolenie z postępowania Niemców w sprawie np. rury bałtyckiej lub centrum przeciwko wypędzeniom kanclerz Merkel zmieniła nieco kurs i zaczęła zwracać uwagę na to, że na wschodzie istnieją inne kraje, które w dodatku są uczestnikami tych samych sojuszy co RFN.

Podobnie jest w kwestiach społecznych. Przez wielu Niemców Polska dalej traktowana jest jak biedny kraj złodziei samochodów lub jako byt tak odległy i nieznaczący, że prawie nieistniejący. Świadczą o tym chociażby dziwne reakcje niektórych Niemców, tuż po wejściu Polski do strefy Schengen. Policjanci z Frankfurtu nad Odrą urządzali protesty, a na pierwszym parkingu przy autostradzie po niemieckiej stronie, tuż za granicą można było zauważyć zielony samochód celników skrupulatnie przeszukujących polskie auta.

Nie inaczej jest z nauką języka polskiego. Mimo możliwości uczestniczenia w kursach polszczyzny w coraz większej ilości niemieckich szkół, niewiele młodzieży decyduje się na ten krok. Przez lata bowiem pielęgnowane było przekonanie, że to Polacy muszą się uczyć niemieckiego, bo Polski jest dla Niemców za trudny. Należy przy tym zadać pytanie jaki sens ma np. naklejanie w pociągach Deutsche Bahn (szczególnie we wschodnich Landach) informacji w języku włoskim, zamiast w polskim w sytuacji gdzie niejednym z nich jeździ więcej Polaków niż Niemców.

Inną kwestią jest niemiecki rynek pracy. Jaki sens ma utrzymywanie okresu przejściowego i ograniczeń w pracy bez zezwolenia dla Polaków w Niemczech? Obawiano się najazdu ze strony polskich tanich robotników, ci jednak po wejściu Polski do UE wyjechali tam gdzie była dobrze płatna praca czyli na Wyspy Brytyjskie lub do Skandynawii. Ciężko jest bowiem wskazać kogoś, kto wyjechał za chlebem do nowych Landów, czy miejsc objętych bezrobociem. Polacy pracujący obecnie w Niemczech wypełniają lukę, w miejscach gdzie brakuje pracowników, w zawodach, których przeciętny Niemiec bez przymusu nie weźmie. Obecny stan zamknięcia rynku powoduje więc jedynie sytuacje patologiczne i wymusza niekiedy na pracodawcach zatrudnianie pracowników z Polski na czarno, co czasem powoduje łamanie ich praw. Poza tym czy w obecnej sytuacji, gdy Polacy porozjeżdżali się po całej Europie,  dalej istnieje zagrożenie masowej emigracji zarobkowej do RFN?

Wyliczając winy Niemców nie można zapomnieć o wielu błędach, które popełniła strona polska. Poczynania Niemiec w wielu kwestiach odbierane były nad Wisłą jak zamach na Polskę. Momentami dochodziło wręcz do reakcji histerycznych. Przykładem tego jest sprawa gazociągu północnego. Polska musiała wyrazić sprzeciw wobec tego projektu dopóki załatwiany był ponad naszymi głowami, jednak nie przyjęcie proponowanej przez kanclerz Merkel odnogi na wysokości Szczecina było olbrzymim błędem. Rosjanie i Niemcy są na tyle zdeterminowani, że ciężko będzie komukolwiek zablokować tą budowę. Włączając się Polska byłaby pewna, że co by się nie stało to i tak gaz będzie do nas płynął. Tymczasem postanowiono dalej negować ten projekt, jakby z urażonej dumy. Niemcy zaś działają pragmatycznie: z jednej strony rura przez Bałtyk z drugiej budują gazoport w Wilemshaven. Zamiast dąsać się i kłócić między sobą konsekwentnie realizują założoną strategię.

Nie inaczej jest w przypadku tarczy antyrakietowej. Jest to projekt dość kontrowersyjny, któremu Niemcy są przeciwni. Nasi politycy uparli się jednak by zrealizować go za wszelką cenę, ignorując niemieckie propozycje systemu obronnego w ramach NATO. Pytanie w jakiej znajdziemy się sytuacji, gdy administracja Obamy zdecyduje się nie instalować rakiet nad Wisłą.

Innym problemem jest to, że wielu Polaków, nie tylko polityków, widzi Unie Europejską przez pryzmat Niemiec. Zapewne jedną z przyczyn jest fakt, że drogi do Europy wiodą właśnie przez Niemcy, gdzie z dziurawych polskich szos wjeżdża się na świetne autostrady. Właśnie te różnice w rozwoju powodują w polskim społeczeństwie wiele kompleksów względem Niemiec, które traktuje się jako wyznacznik standardów europejskich. Często słyszy się z ust Polaków przebywających na zachodzie, jak to w Polsce jest źle i beznadziejnie. Rzadziej zaś mówią oni o sukcesach jakie w ostatnim czasie udało się osiągnąć. Bezkrwawa transformacja, zaczęła się przecież w Polsce. Polacy nie mają się czego wstydzić. To co w byłym NRD osiągnięto pompując miliardy marek i euro, my osiągnęliśmy w dużej mierze sami. Dlatego też powinniśmy się jak najszybciej wyzbyć wszelkich kompleksów wobec Niemców i reszty Europy. My też mamy duży wkład w jej dziedzictwo, jesteśmy normalnym europejskim krajem, jak Niemcy.

Wszystkie te przykłady pokazują tak naprawdę jedną rzecz, która przeszkadza w budowaniu partnerstwa polsko-niemieckiego z prawdziwego zdarzenia. Jest nią brak zrozumienia. Analizując wszystkie wyżej wymienione problemy można odnieść wrażenie że Polacy i Niemcy nie próbują się nawzajem zrozumieć. Dobitnie pokazuje to zwłaszcza sprawa centrum przeciwko wypędzeniom. Niemcy chcą upamiętnić swoich rodaków, którzy zostali wypędzeni po drugiej wojnie światowej z terenów Europy Środkowej, budzi to oczywiście kontrowersje, szczególnie w kontekście zbrodni hitlerowskich. Polska strona także w tym przypadku zdaje się reagować zbyt emocjonalnie. Popularność, którą cieszy się pani Steinach, wyrobiły jej polskie media i polscy politycy. Niemcy muszą jednak pamiętać, że miliony Polaków też zostało przecież wypędzonych i przesiedlonych, a często przymusowo osiedlanych na ziemiach przejętych po wojnie od Niemiec. Centrum przeciwko wypędzeniom mogłoby Polaków i Niemców łączyć a nie dzielić. Mogłoby powstać w jednym z granicznych miast Görlitz-Zgorzelec, czy Guben-Gubin i pokazywać dzieje zarówno wypędzonych Polaków, jak i Niemców, stając się przy tym centrum dialogu i edukacji.

Czego potrzeba zatem Polsce i Niemcom, do budowania partnerstwa? Odpowiedź jest prosta: ciężkiej i mozolnej pracy w przełamywaniu barier. Polacy muszą odłożyć na bok swoje kompleksy i sentymenty, Niemcy zaś zrozumieć i dostrzec potencjał który w Polsce drzemie. Olbrzymią rolę odrywają przy tym media. Powinny one stworzyć odpowiednią atmosferę budowania dialogu. Niedawno jeden z tygodników opublikował dodatek o tematyce polsko-niemieckiej, drukując w nim m. in. artykuł o Namibii, byłej kolonii niemieckiej w Afryce. Jaki był tego cel trudno powiedzieć, jednak przez Afrykę współpraca Polski z Niemcami się nie pogłębi.

Krokiem na drodze do budowania dialogu było powołanie specjalnych pełnomocników do spraw polsko-niemieckich przez oba rządy. Należy jednak zadać pytanie jaką rolę mają  pełnić, ponieważ słychać o nich nadzwyczaj rzadko.

Mimo wielu sporów nie można jednak wszystkiego krytykować. Istnieją przecież liczne inicjatywy edukacyjne, naukowe i kulturalne, czy partnerstwa pomiędzy miastami i gminami, które wykonują wspaniałą pracę. Wielkim problemem jest jednak to, że ton dyskursowi nadają sprawy, które Polaków i Niemców różnią, a nie łączą, co bardzo zatruwa atmosferę. Powinniśmy dążyć do opierania współpracy na tym co dobre. Idealnym narzędziem mógłby być uniwersytet we Frankfurcie nad Odrą, gdzie studenci i naukowcy z Polski i z Niemiec współpracowaliby na różnych płaszczyznach. Uczelnia ta powinna zostać zrestrukturyzowana i zamieniona w uniwersytet polsko-niemiecki, ze wspólnymi władzami i kierunkami po których absolwenci z obu państw będą biegle porozumiewać się w obu językach i uzyskiwać tytuły Mastera i Magistra jednocześnie.   

Istnieje potrzeba szerokiego dialogu między oboma krajami i narodami. Polska i Niemcy wcale nie są skazane na obojętne sąsiedztwo. Polityka europejska powinna być przy tym podstawą do budowania partnerstwa polsko-niemieckiego. Polska może być idealnym uzupełnieniem dla niemiecko-francuskiej lokomotywy w UE, szczególnie że mamy potencjał, by pociągnąć za sobą kraje naszego regionu i przyciągnąć do Unii państwa jak Białoruś, Ukraina czy Mołdawia. Pokazała to sprawa chociażby pakietu klimatycznego, gdzie polskim politykom udało się zjednoczyć nowych członków UE. Polska i Niemcy muszą wypracować nową wspólnotę interesów, która pozwoli na dalsze zacieśnienie współpracy na wszystkich szczeblach dla obopólnych korzyści. Polska i Niemcy odgrywają bowiem kluczową rolę w scalaniu wschodu z zachodem. Odnalezienie owej wspólnoty będzie zatem miało wpływ także na całą UE. Pozwoli bowiem jeszcze bardziej zacieśniać więzy współpracy na całym kontynencie. Dążmy zatem do tego, żeby na następne szczyty UE polski premier lub prezydent lecąc do Brukseli nowiutkim rządowym „boeingiem” lądował w Berlinie, by po drodze podrzucić też niemiecką kanclerz.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.