Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Polityka Amerykański głos w sporze liliputów z Guliwerem

Amerykański głos w sporze liliputów z Guliwerem


04 listopad 2012
A A A
Zasygnalizowany przez administrację Baracka Obamy zwrot w kierunku Pacyfiku sprawił, że USA z większą uwagą zaczęły przyglądać się Azji Południowo-Wschodniej. Czy kolejny amerykański prezydent potwierdzi zainteresowanie tym regionem świata? W amerykańskiej kampanii wyborczej polityka zagraniczna odegrała niewielką rolę , a region Azji Południowo-Wschodniej traktowany był tym bardziej jako dodatek do azjatyckiego tematu numer jeden, jakim okazała się rosnąca potęga gospodarcza Chin. To właśnie na Państwie Środka skupiła się uwaga obydwu kandydatów podczas dyskusji na temat zaangażowania USA w regionie Azji i Pacyfiku. Mitt Romney przedstawił „ostrzejszą” linię, publicznie oskarżając Chiny o manipulowanie kursem walutowym oraz kradzież amerykańskiej własności intelektualnej.

Z perspektywy regionu bardziej interesujące wydaje się być zapewnienie republikańskiego polityka o potrzebie „odwiedzenia” Chin od prób zastraszania lub zdominowania swoich sąsiadów. W związku z tym Romney postuluje zwiększenie zaangażowania militarnego USA w regionie, a tym samym wsparcia amerykańskich sojuszników: Tajwanu, Japonii, Korei Południowej i Australii.

Z kolei prezydent Barack Obama już od dłuższego czasu przenosi ciężar swojej polityki zagranicznej z Europy na region Azji Południowo-Wschodniej, dostrzegając jej rosnące znaczenie zarówno pod względem gospodarczym, jak i politycznym. Jako pierwszy amerykański prezydent w historii uczestniczył w szczycie ASEAN, zadeklarował „nowe otwarcie” z wychodzącą z izolacji Birmą, zaś Hillary Clinton wraz ze swoim indonezyjskim odpowiednikiem Marty Natalegawą kreują Dżakartę na mediatora regionalnych sporów.

Obama dostrzega potrzebę wzmocnienia amerykańskiej obecności w regionie, deklarując, że Stany będą dalej pełnić rolę gwaranta bezpieczeństwa dla poszczególnych państw Azji Południowo-Wschodniej. W stosunku do Chin ma zamiar prowadzić politykę „współpracy i rywalizacji”. Z jednej strony deklaruje wolę dialogu z Chińczykami, z drugiej zaś podkreśla konieczność wspierania ich sąsiadów, co miałoby przyczynić się do zwiększenia równowagi w tej części świata. Niczym w powieści Jonathana Swifta – Chiny, jak Guliwer w krainie liliputów, mogą zostać w pewien sposób powstrzymane lub ograniczone, jeżeli mniejsi bohaterowie wykażą wolę współpracy.

Ze względu na różnicę potencjałów państw Azji Południowo-Wschodniej i Chin nie powinno dziwić, że mniejsze państwa regionu poszukują wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych. W obliczu rosnących wydatków zbrojeniowych i coraz większych ambicji Chin, Ameryka wydaje się być jedyną realną przeciwwagą dla podnoszącego się z więzów Guliwera. Zacieśnienie współpracy militarnej między Manilą a Waszyngtonem, w postaci chociażby zwiększonej pomocy wojskowej USA dla Filipin z 12 mln dol. w 2011 roku do ok. 30 mln dol. w 2012 roku, jest tego znamienitym przykładem. Zarówno z wypowiedzi wysokiej rangi urzędników Departamentu Stanu, jak i samego prezydenta Obamy należy wnioskować, iż Stany Zjednoczone nie zmniejszą, a tym bardziej nie wycofają swoich sił wojskowych z regionu. Obecność militarna ma służyć realizacji podstawowego celu USA w Azji Południowo-Wschodniej, jakim jest powstrzymanie eskalacji konfliktów, hamujących handel i korzyści gospodarcze.

W świetle jupiterów stosunków międzynarodowych znalazła się również Birma. W ostatnich miesiącach nastąpił niewątpliwy zwrot polityki Waszyngtonu wobec Naypyidawu, charakteryzujący się zacieśnieniem współpracy politycznej, deklaracjami o stopniowym znoszeniu sankcji gospodarczych, a także uruchomieniem szeregu programów pomocy rozwojowej. Działania te mają na celu zabezpieczenie amerykańskich interesów gospodarczych, a także próbę wyrwania Birmy ze zbyt czułych (i uciążliwych dla samych Birmańczyków) objęć Pekinu Wystarczy, że rolę cichego sprzymierzeńca Guliwera odgrywa już Kambodża, której polityka nieporuszania drażliwych dla Chin tematów doprowadziła do fiaska lipcowego szczytu ASEAN.

Jeżeli wybory wygra Mitt Romney, można się spodziewać twardszego stanowiska USA wobec Chin, zwłaszcza na tle dotychczasowej polityki „współpracy i rywalizacji”. Trudno przewidzieć, czy i o ile zwiększyłoby się zaangażowanie USA w regionie, zwłaszcza, że dla republikańskiego polityka geopolitycznym wrogiem numer jeden pozostaje Rosja (czego Romney wypierał się w kolejnej debacie). W swoim programie wyborczym umieścił jednak postulat zwiększenia budżetu Pentagonu o 100 miliardów dolarów, z których część mogłaby być przeznaczona na wsparcie wojskowe azjatyckich sojuszników.

W kwestiach gospodarczych Romney postuluje natomiast stworzenie strefy wolnego handlu, opartej o pryncypia neoliberalizmu, która miałaby nosić nazwę „Ekonomicznej Strefy Reagana” (Reagan Economic Zone). Mogłyby w niej uczestniczyć kraje hołdujące idei otwartych rynków oraz wolnego handlu. Byłoby to narzędzie wymierzone przeciwko Pekinowi, który, ze względu na swoje nieuczciwe praktyki, nie zostałby zaproszony do tego ekskluzywnego grona. Według Romney'a wzrost wymiany handlowej w Strefie Reagana pozwoliłby na ograniczenie deficytu USA w bilansie handlowym z Chinami. Tym samym lilipuci dostaliby kolejną linę na Guliwera.

Należy pamiętać, że jakiekolwiek zapewnienia Obamy i Romney’a, ich gwarancje polityczne, pomysły integracji ekonomicznej czy próby powstrzymania ekspansji gospodarczej Chin i tak skierowane są do amerykańskich wyborców, a nie światowej opinii publicznej. W myśl hasła „gospodarka, głupcze!” obydwaj kandydaci starają się przekonać niezdecydowanych wyborców swings states, że to właśnie oni najlepiej zadbają o klasę średnią, stworzą najwięcej miejsc pracy i zagwarantują stabilny wzrost gospodarczy. Na dobrą kondycję amerykańskiej gospodarki liczą też kraje Azji Południowo-Wschodniej, zwłaszcza te silnie eksportujące na rynek USA.. Po doświadczeniach kryzysu z 2008 roku wszyscy zdają sobie świetnie sprawę, że problem Stanów Zjednoczonych to problem całego świata. Dlatego też można śmiało postawić tezę, iż obywatele Indonezji, Tajlandii czy Filipin bardziej niż deklaracjami w kwestiach polityki zagranicznej, zainteresowani są tym, aby przyszły prezydent USA nie dopuścił do kolejnego kryzysu, mogącego wpędzić świat w recesję.