Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Michał Jarocki: Konstruktywna krytyka a szkalowanie - polemiki ciąg dalszy


14 styczeń 2010
A A A
Ktoś mógłby pomyśleć, iż nie ma nic złego w niezgadzaniu się z poglądami innych osób. Jest to oczywiście święta prawda. Warto jednak  dostrzegać tą delikatną granicę między wygłaszaniem swoich opinii a szkalowaniem innych. Bowiem konstruktywna krytyka to jedno, a niesłuszne oskarżanie to zupełnie co innego.
 
Pomijając krytykę poglądów Roberta Czuldy , do której autor miał święte prawo, postaram się wskazać na pewne zasadnicze błędy w rozumowaniu Pana Wójcickiego, które moim zdaniem nie powinny mieć miejsca w przypadku twórczości rzetelnego redaktora, za jakiego autor się uważa.

Już na samym początku tekstu czytelnik może dowiedzieć się, iż wojska NATO, a konkretnie żołnierze europejskich państw członkowskich tej organizacji, służąc w Afganistanie, „walczą w obcej wojnie”. Nie będę wnikał w stan wiedzy historycznej autora, ale przypomnę mu, iż podstawą solidarności Sojuszu Północnoatlantyckiego jest jeden z artykułów Traktatu Waszyngtońskiego powołującego wspomnianą organizację do życia. Artykuł ten mówi wyraźnie, iż atak na jedno z państw członkowskich Sojuszu będzie traktowany, jako atak na wszystkie pozostałe. W tej sytuacji każdy ewentualny agresor w momencie ataku stawia się automatycznie w stanie wojny z każdym państwem wchodzącym w skład NATO.

Logiczną konsekwencją takiego zapisu jest fakt, iż wydarzenia z 11 września 2001 roku nie były atakiem jedynie na Stany Zjednoczone, a na całą strefę północnoatlantycką, zjednoczoną w organizacji zbiorowej obrony, jaką jest NATO. Organizacji, która po raz pierwszy w historii miała zdać sprawdzian solidarności.

Wydaje się, iż muszkieterowska zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” znalazła swe zastosowanie w konsekwencji wspomnianych wydarzeń. Wszystkie państwa członkowskie Sojuszu wyraziły bowiem swą gotowość do wsparcia Amerykanów w próbie odwetu, bez względu na formę jaką miałaby ona przyjąć.

Jeżeli jednak powyższe argumenty nadal nie przekonują autora, z łatwością mogę przywołać kolejny zamykający usta wszystkim, którzy uważają, że wojna w Afganistanie jest tylko i wyłącznie amerykańskim problemem.

Al-Kaida, organizacja stojąca za zamachami z 11 września, wzięła na siebie odpowiedzialność za dwa krwawe ataki w stolicach dwóch głównych europejskich państw. Mowa tu o wysadzeniu madryckich pociągów z marca 2003 roku oraz zamachach w londyńskich środkach komunikacji miejskiej z lipca 2005r.
 
Czy wobec kolejnych aktów terroru, tym razem już oficjalnie wymierzonych przeciwko państwo Europejskich w dalszym ciągu powinno się uważać, iż wojna z terroryzmem, której realnym wymiarem miała być właśnie wojna w Afganistanie, powinna angażować tylko i wyłącznie Stany Zjednoczone? Czy wobec ataków na kolejne państwa członkowskie NATO, do Afganistanu powinni być wysłani tylko hiszpańscy i brytyjscy żołnierze? A co, gdyby tego typu zamach miał miejsce nie w Hiszpanii, a w Polsce? Czy nadal tak ochoczy twierdzilibyśmy, że nie jest to problem całej społeczności Zachodu?

W dalszej części tekstu autor przekonuje nas, iż amerykańska obecność w Afganistanie motywowana jest chęcią poprowadzenia przez ten kraj oraz sąsiadujący z nim Pakistan rur transportujących turkmeński gaz oraz ropę naftową, a walka o bezpieczny i demokratyczny Afganistan jest jedynie przykrywką dla ciemnych interesów polityków w Waszyngtonie.

Pomijając pytanie o sens takiego hipotetycznego przedsięwzięcia (dlaczego akurat turkmeńskie złoża?), warto zastanowić się nad słusznością powyższego twierdzenia. Przyjmijmy bowiem, iż autor ma racje i Amerykanie rzeczywiście chcą poprowadzić przez Afganistan i Pakistan rurociągi, które sięgnęłyby aż do Oceanu Indyjskiego. Rodzi się wówczas pytanie o ekonomiczny sens takiego posunięcie.
 
Po co wikłać się w wojnę z przeciwnikiem, którego prawdopodobnie nigdy nie uda się do końca pokonać? Czy rzeczywiste koszty, zarówno ludzkie, jak i finansowe, prowadzenia takiej wojny nie okażą się nieporównywalnie wyższe niż zyski z turkmeńskich surowców (za które też trzeba by było zapłacić)? Po co rozszerzać skalę operacji wojennych na terytorium suwerennego Pakistanu, zrażając przy tym do siebie zarówno władze centralne, jak i zwykłych Pakistańczyków? Po to, aby następnie przeprowadzić przez terytorium tego państwa swoje rurociągi (wydaje się, że w takie sytuacji żaden normalny kraj nie zgodziłby się na takie rozwiązanie).
 
W jakim celu Amerykanie w ogóle potrzebują Afganistanu, skoro o wiele prościej byłoby im wzmożyć swój lobbing za budową ropociągu Baku – Tbilisi – Ceyhan, a obok niego zbudować również nitkę którą popłynie turkmeński gaz. Czy nie łatwiej jest transportować swoje surowce przez bezpieczne tereny państw sojuszniczych oraz Unii Europejskiej niż przez niestabilne politycznie i zagrożone konfliktem zbrojnym tereny Azji Południowej?

Na koniec chciałbym również odnieść się do zarzutów stawianych przez autora wojskom natowskim, jakoby przeprowadzane przez nie operacje militarne często skutkowały ofiarami po stronie afgańskich cywilów.

 Afganistan jest krajem, w którym toczy się konflikt zbrojny. Każda wojna toczona na terenach zamieszkałych przez ludność cywilną niesie ze sobą ryzyko śmierci niewinnych osób. Taka ewentualność zawsze jest brana pod uwagę przez planistów wojskowych i jest ona wliczana w całościową cenę prowadzenia operacji wojennych, tak jak wlicza się w nią również straty wśród zwykłych żołnierzy lub też sprzętu wojskowego. Zadania siłom NATO nie ułatwiają ponadto sami talibowie, którzy bardzo często wykorzystują ludność cywilną jako tzw. „żywe tarcze”, mając świadomość, iż w sytuacji ryzyka zranienia niewinnego cywila, żołnierz Sojuszu dwa razy zastanowi się zanim naciśnie na spust.
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.