Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Afgańska wyrocznia


13 grudzień 2010
A A A
Misja w Afganistanie jest najważniejszym wyzwaniem w historii Sojuszu. Nadchodzące nowe millenium było okazją do zastanowienia się nad przyszłością stosunków międzynarodowych oraz rolą, jaką przyjdzie z nich odgrywać Sojuszowi Północnoatlantyckiemu. Wydarzenia z 11 września 2001 roku były szokiem dla wszystkich, bez wyjątku. Pokazały jednak, którędy wieść będzie droga wojen przyszłości.

Tragiczne w skutkach wydarzenia nie pozostały bez odpowiedzi. Poza wyrazami smutku i żalu, wielu światowych przywódców zadeklarowało swą solidarność ze zranioną Ameryką, a także gotowość i determinacją do współudziału w nieuniknionym odwecie. W identyczny tonie wypowiedziało się NATO. Jego przywódcy, z ówczesnym sekretarzem generalnym George’m Robertsonem na czele opowiedzieli się za surowym ukaraniem pomysłodawców ataków na Nowy Jork i Waszyngton. Dali tym samym asumpt to pierwszego w historii uruchomienia mechanizmów artykułu V Traktatu Waszyngtońskiego. Zaatakowany został jeden z sojuszników, największy i najpotężniejszy z nich. Teraz przyszła pora, aby reszta wykazała się solidarnością (1).

Operacja odwetowa rozpoczęła się już 7 października, jednak niewiele spośród państw natowskich wzięło w niej jakikolwiek udział. Stało się tak na wyraźne życzenie Białego Domu, który po zapoznaniu się z konkretną ofertą niemalże każdego sojusznika z NATO, zdecydował się na samodzielne dobranie sobie współpracowników. Dlatego też, spośród państw członkowskich Sojuszu w operacji Enduring Freedom największy udział u boku USA wzięły jedynie takie kraje jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Turcja oraz Kanada (2).

Wielonarodowa koalicja

Misja ISAF została powołana do życia przez rezolucję nr 1386 Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych 20 grudnia 2001 (3). Jej pierwotnym celem było kontrolowanie procesów stabilizacyjnych oraz konsolidacji nowej władzy w Kabulu. Z czasem jej mandat został rozszerzony na cały obszar Afganistanu. Dzisiaj misja ta liczy sobie prawie 140 tysięcy żołnierzy z czterdziestu ośmiu państw świata. Do najważniejszych jej uczestników, zaliczają się Stany Zjednoczone (co jest raczej oczywiste), Wielka Brytania oraz Niemcy.

Amerykańskie wojska rozlokowane są przede wszystkim w najistotniejszych i najniebezpieczniejszych regionach Afganistanu, a więc w centrum, na południu i zachodzie kraju . To właśnie tam rebelianci stawiają największy opór, bardzo często wypierając siły koalicji z kontrolowanych terenów. O znaczeniu USA dla całości operacji świadczy fakt, iż od początku natowskiej obecności w Afganistanie, ISAFem zawsze kierował amerykański generał. Obecnie głównodowodzącym David H. Petraeus, który wsławił się stłumieniem krwawej rebelii w Iraku sprzed kilku lat. Amerykanie stanowią również najliczniejszy narodowy kontyngent na misji. Ich liczebność na chwilę obecną określa się na ok. 90 tysięcy żołnierzy.

Brytyjczycy byli zaangażowani w Afganistanie od samego początku. W czasie operacji Enduring Freedom brytyjskie jednostki specjalne operując na ziemi starały się wykurzyć Osamę bin-Ladena oraz jego współpracowników z ich kryjówek w górach na południu kraju. Wspomagały tym samym oddziały amerykańskie oraz wojska Sojuszu Północnego, od lat walczącego z talibami o kontrolę nad Afganistanem.

W pierwszych latach misji ISAF dyslokacja brytyjskich wojsk charakteryzowała się stosunkowym rozproszeniem. Ostateczne scentralizowanie struktury dowódczej miało miejsce w 2006, kiedy to Brytyjczycy przejęli pełną odpowiedzialność za, jak się to miało okazać w przyszłości, jedną z najniebezpieczniejszych prowincji w kraju – Helmand.

Na chwilę obecną brytyjskie wojska w Afganistanie liczą 9 500 żołnierzy. Ten prawie dziesięcioletni konflikt kosztował do tej pory życie 346 żołnierzy oraz cywilnych pracowników Ministerstwa Obrony (stan na 5 grudnia 2010 roku) (4). Jest to w dużej mierze efekt takiego, a nie innego rozlokowania sił jak i częstego zaangażowania brytyjskich oddziałów w liczne i niebezpieczne operacje opanowywania rebelianckich twierdz i prowincji zlokalizowanych na południowym – wschodzie kraju.

Niemcy pojawili się w Afganistanie już w 2001 roku. Początkowo były to jednostki specjalne, które podobnie jak te brytyjskie, miały pomagać Amerykanom w śledzeniu oraz wyłapywaniu głównych przywódców Al-Kaidy. Gdy nastał czas stopniowego stabilizowania sytuacji w kraju, Berlin zdecydował się na wysłanie większego kontyngentu własnych wojsk. Stopniowo przez lata zwiększany, ostatecznie osiągnął liczebność ponad 4 300 żołnierzy i jest trzecim największym kontyngentem w całej misji ISAF.

Od samego początku swojej obecności na afgańskiej ziemi, Niemcy rozlokowani byli na północy, gdzie mieli odpowiadać za odbudowę oraz rozwój zniszczonych i zacofanych terenów. Stosunkowo bezpieczna i spokojna część kraju idealnie odpowiadała niemieckim wojskom, które zgodnie z ograniczeniami nałożonymi na nie przez rząd w Berlinie, miały zakaz włączania się w jakiekolwiek starcia zbrojne, chyba że zaistniałaby sytuacja bez wyjścia, w której zaniechanie walki narażałoby kontyngent na straty w ludziach i sprzęcie.

Ograniczenia nałożone na niemiecki kontyngent wielokrotnie wzbudzały niezadowolenie i krytykę ze strony sojuszników. Zwłaszcza kiedy sytuacja na północy Afganistanu zaczęła wymykać się spod kontroli. Seria tragicznych wypadków, do których doszło w tym roku, zwłaszcza atak rebeliantów na niemiecki patrol w prowincji Kunduz, do którego doszło w pierwszej połowie bieżącego roku pokazały, iż dotychczasowa strategia była błędna (5).
Fala krytyki ze strony mediów i społeczeństwa zmusiła władze do znaczącego wzmocnienia kontyngentu. Zdecydowano się na wysłanie silniejszego uzbrojenia, a żołnierze otrzymali pozwolenie na organizowanie operacji zaczepnych, celem których ma być m.in. odbijanie utraconych regionów oraz próby eliminowania struktur dowódczych rebeliantów.

Interesowne otoczenie

Afganistan jest krajem śródlądowym, a to oznacza, że wszelkie dostawy zaopatrzenia, materiałów i sprzętu bojowego, niezbędne dla stacjonujących tam wojsk, muszą przechodzić przez terytorium któregoś z państw sąsiadujących. I w tej kwestii otoczenie międzynarodowe tego kraju ma ogromne znaczenie.

Najbardziej zainteresowany sytuacją w Afganistanie jest Pakistan. I to z kilku powodów. Pierwszym z nich jest fakt, iż większość ruchów rebelianckich atakujących siły zachodniej koalicji, wywodzi się z górzystych terenów afgańsko – pakistańskiego pogranicza. Po amerykańskiej interwencji w 2001r. niedobitki talibów oraz ruchów z nimi sympatyzujących ukryły się po pakistańskiej stronie granicy i tam też przez kilka pierwszych lat odbudowywały swoje siły. Wzmocnione, uderzyły na zachodnie wojska. Lecz gdy pod naciskiem Białego Domu, Islamabad rozpoczął istne polowanie na rebeliantów, ci postanowili odpowiedzieć zamachami i wzrostem przemocy również na terytorium Pakistanu. Sytuację utrudnia fakt, iż spora część pakistańskich mundurowych, zwłaszcza agenci wywiadu wojskowego I.S.I. (Inter-Services Intelligence) potajemnie sympatyzuje z bojownikami i stara się ich wspierać.

Drugim powodem, dla którego sytuacja w Afganistanie jest istotna w punktu widzenia władz w Islamabadzie, jest napięcie w stosunkach pomiędzy Pakistanem a Indami. Na pierwszy rzut oka biedny i targany konfliktami wewnętrznymi Afganistan nie może mieć nic wspólnego z zatargami pomiędzy dwoma sąsiadami. Nic bardziej mylnego. New Delhi coraz jawniej stara się wspierać władze w Kabulu, inwestując grube miliony dolarów w rozbudowę infrastruktury kraju. Celem takiego działania jest stworzenie sojuszu, który, jeżeli wystarczająco mocny i trwały, może doprowadzić do sytuacji, w której Pakistan zostanie wzięty w tzw. dwa ognie, czując zagrożenie dla bezpieczeństwa zarówno po wschodniej, jak i zachodniej stronie granicy. I to jest sytuacja, której Islamabad stara się zapobiec.

Iran jest kolejnym państwem zainteresowanym rozwojem wydarzeń Afganistanie. Pogłębianie się konfliktów wewnętrznych w tym kraju zdaniem Teheranu doprowadzi to do jeszcze większego zaangażowania Amerykanów i ich sojuszników, co z kolei może ich jeszcze bardziej wykrwawić i osłabić. Dzięki czemu pozycja międzynarodowa przeciwników irańskiego reżimu stanie się na tyle słaba, iż nie będą oni w stanie stworzyć żadnej liczącej się koalicji anty irańskiej. Jednak dla Iranu Afganistan jest też świetną okazją do poszerzenia własnych wpływów w regionie. Utrzymując poprawne stosunki z władzami w Kabulu, bądź też nawet kontrolując je, Iran wyrasta na jeszcze większe mocarstwo regionalne, niż jest nim dzisiaj. Co więcej, kontrola nad Afganistanem, nawet jeśli byłaby ona częściowa, stanowiłaby świetną kartę przetargową w relacjach ze światem zachodnim. A to jest już gra warta świeczki dla Teheranu.

Najmniejsze zainteresowanie Afganistanem wyrażają Chiny. Oficjalnie Pekinowi zależy na ustabilizowaniu sytuacji w tym kraju, wojna domowa w sąsiadującym państwie nie jest mu bowiem na rękę. A to z powodu sporej muzułmańskiej mniejszości etnicznej zamieszkującej zachodnią część Chin. Wzrost znaczenia i potencjału afgańskich ruchów rebelianckich stwarzałby zagrożenie rozprzestrzenia się ich ideologii również na chińską stronę granicy, co mogłoby doprowadzić do powstania ruchów separatystycznych oraz destabilizacji kraju od środka.

Ze względu na powyższe czynniki, Pekin stara się nie wspierać (przynajmniej nieoficjalnie) działań sil zachodnich w Afganistanie. Jedyne na czym się obecnie skupiają chińskie władze, to pomoc finansowa dla Kabulu oraz inwestowanie w rozwój infrastrukturalny i gospodarczy relatywnie spokojnych (a przynajmniej jednych z najspokojniejszych w całych kraju) północnych części kraju.
 
Strategia wyjścia

Afganistan to w tej chwili już ponad dziewięcioletni konflikt, który mocno wszystkim bez wyjątku dał się we znaki. Cierpią żołnierze na polu walki, którzy codziennie są wystawieni na stres i narażenie życia. Cierpią rządy państw zaangażowanych w misję ISAF, które narażone są na niemałe wydatki z nią związane, a także ciągły spadek popularności. Cierpi też NATO, bowiem okazuje się, iż nie jest w stanie zdać najważniejszego testu w swojej ponad półwiecznej historii.

Nic dziwnego więc, iż od wielu już miesięcy słychać było głosy polityków oraz zwykłych obywateli wzywających rządy państw oraz cały Sojusz do zakończenia misji i wycofania żołnierzy z powrotem do domu. Dlatego też kwestia opuszczenia Afganistanu przez wojska koalicji stała się jednym z głównych i najbardziej interesujących tematów politycznych rozmów w czasie niedawnego, listopadowego szczytu NATO w Lizbonie.

Przywódcy wszystkich państw członkowskich byli zgodni, co do tego, iż misja trwa już zbyt długo i najprawdopodobniej nigdy nie przyniesie całkowitego zwycięstwa. Potrzeba zmiany charakteru obecności w Afganistanie oraz wycofania większości oddziałów bojowych stała się więc powszechnym pragnieniem. Pytanie jakie się pojawiło, dotyczyło dat rozpoczęcia oraz zakończenia opuszczania kraju przez zachodnie wojska, a także tego, co nastąpi dalej.

W czasie szczytu w Lizbonie NATO podjęło wstępną decyzję o tym, iż w przeciągu najbliższych czterech lat, a więc do roku 2014 z Afganistanu zniknie większości oddziałów bojowych. Część z państw zadeklarowała, iż  już w przyszłym roku rozpocznie proces wycofywania swoich wojsk. Taką decyzję podjęły najbardziej zaangażowane militarnie kraje, a więc Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz Niemcy, a wraz z nimi szereg pomniejszych sojuszników, takich jak np. Polska.

Problemem, który jest niejako konsekwencją przyjętego konsensusu, jest pytanie o przyszłość Afganistanu po opuszczeniu go przez wojska zachodniej koalicji. Wszyscy zgodni byli co do tego, iż osamotniony i pozbawiony odpowiednich sił zbrojnych rząd centralny długo nie utrzyma się przy władzy, a wówczas w kraju zapanuje anarchia oraz wojna, podobna do tej, która miała miejsce po wycofaniu się wojsk radzieckich kilkadziesiąt lat wcześniej (1989).

Dlatego też NATO, przygotowując swoją strategię wycofywania się z Afganistanu, za wymóg podstawowy uznało przygotowanie Afganistanu do samodzielnego działania i odpowiadania za własną przyszłość. W ramach realizacji powyższego założenia, państwa członkowskie w miejsce wycofywanych oddziałów bojowych zaczną wysyłać coraz więcej instruktorów wojskowych, których zadaniem będzie jeszcze szybsze i lepsze wyszkolenie afgańskich narodowych sił zbrojnych. Politykę intensyfikacji szkoleń dla od jakiegoś już czasu starają się promować Stany Zjednoczone, apelując do państw członkowskich o większe zaangażowanie z trenowanie afgańskiego wojska i policji. Wiele wskazuje na to, iż amerykańskie zabiegi się powiodą. Wysłanie do Afganistanu instruktorów i zapewnienie im należytej ochrony jest o wiele tańsze niż utrzymywanie na miejscu licznego kontyngentu bojowego.

Jednak to, o czym na szczycie NATO mówiło się już ciszej, to świadomość, iż wszystkie plany i założenia mogą okazać się płonne, a cała strategia wyjścia z Afganistanu o wiele bardziej rozłożona w czasie. Sytuacja wewnętrzna w kraju ogarniętym wojną domową zmienia się z miesiąca na miesiąc. Tam, gdzie siły NATO uzyskują w danej chwili przewagę, zaraz znowu mogą pojawić się rebelianci. Tym razem liczniejsi i o wiele bardziej zdeterminowani. Sytuację utrudnia również mały profesjonalizm, a nawet jego brak, struktury administracji państwowej. I to bez względu na jej szczebel. W chwili obecnej jedyne nadzieje pokładane są w siłach zbrojnych. Wiara w to, iż wyszkolone na zachodnią modłę, przyjmą również zachodnie wartości oraz dyscyplinę są jednak płonne i mogą okazać się mrzonką.

Wszystko to sprawia, iż rok 2014 jako data opuszczenia Afganistanu przez wojska NATO, pomimo najszczerszych chęci wszystkich państw członkowskich, może okazać się nierealny. Istnieje bowiem ryzyko, iż szkolenie armii wymagać będzie więcej czasu (czego pewni są wojskowi oraz instruktorzy), rząd w dalszym ciągu będzie przejawiał tendencje korupcjogenne oraz całkowity brak poczucia odpowiedzialności za własny kraj, a rebelianci jeszcze bardziej urosną w siłę. Bez względu na to, jak będzie wyglądał Afganistan za trzy lata, pewnym jest, iż jeszcze przez dekady, kraj ten będzie jednym z głównych problemów dla bezpieczeństwa międzynarodowego.

Trudna przyszłość

Bez względu na do kiedy i w jakich okolicznościach zakończy się natowska misja w Afganistanie, niektóre jej konsekwencja da się przewidzieć już teraz. Nie ma wątpliwości, iż ataki z 11 września 2001 roku pokazały, którędy wieść będzie droga wojen przyszłości. Będą to najczęściej konflikty asymetryczne, toczone przez nieregularne oddziały słabo uzbrojonych, lecz zdeterminowanych i gotowych na najwyższe poświęcenie rebeliantów z regularnymi wojskami państw Zachodu.

Pomimo, iż listopadowy szczyt NATO raz jeszcze potwierdził, iż w dalszym ciągu najważniejszym zadaniem Sojuszu będzie obrona terytorialna swoich członków, a artykuł V Traktatu Waszyngtońskiego nadal będzie podstawą i filarem całej organizacji, nie da się oprzeć wrażeniu, iż zdecydowaną większość zagrożeń przyszłości trzeba będzie eliminować w mniej tradycyjny sposób.

Zdaniem wielu ekspertów oraz natowskich przedstawicieli, największe zagrożenie dla Sojuszu będzie się krystalizować daleko poza jego granicami terytorialnymi, w krajach obrazowo przedstawianych jako tzw. trzeci świat. To właśnie tam, gdzie panuje bieda, a rządy centralne nie są w stanie zaprowadzić porządku we własnym otoczeniu, zdesperowani ludzie będą coraz częściej się radykalizować, a skutki tego odczuwać będzie cały świat zachodni.

Potwierdzeniem tej tezy są wydarzenia ostatnich miesięcy, kiedy to seria nieudanych zamachów terrorystycznych uświadomiła wszystkich, iż skoncentrowany na walce w Afganistanie Sojusz przegapił moment, kiedy to centrum terroryzmu oraz destabilizacji przemieściło się w inne rejony świata, również podatne na radykalną muzułmańską indoktrynację pod sztandarem Al-Kaidy i innych wspierających ją oraz z nią sympatyzujących organizacji.

Dzisiaj gra toczy się o serca i umysły mieszkańców Jemenu, Maghrebu oraz czarnej Afryki. I walkę tą Zachód póki co przegrywa. To właśnie tam światowy terroryzm znalazł nowe i bezpieczne schronienie. Pośród skorumpowanych i nieudacznych rządów, biedy, ubóstwa oraz braku perspektyw, poszukuje on swoich wojowników, którzy będą w stanie zemścić się na znienawidzonym i demonizowanym przeciwniku.

Obecny konflikt w Afganistanie dobitnie pokazał, iż Sojusz osiągnął szczyt swoich możliwości ekspedycyjnych. Pomimo dobrych chęci, żadne państwo zaangażowane w misję ISAF nie jest w stanie znacząco zwiększyć swojego kontyngentu. Na pewno nie przy obecnym poziomie finansowania sił zbrojnych. Rozwiązaniem mogłoby być zwiększenie nakładów na rozbudowę armii, zwłaszcza jej zdolności transportowych, ale to wymagałoby mało popularnych decyzji politycznych, co przy obecnym negatywnym nastawieniu do tego pomysłu opinii publicznej większości państw zachodnich, jest czymś mało prawdopodobnym, jeżeli nie wręcz nierealnym.

Brak zdolności oraz przede wszystkim woli politycznej do angażowania się w konflikty typu afgańskiego w przyszłości (mowa tu przede wszystkim o skali) nie oznacza jednak, iż działania prewencyjne oraz pacyfikacyjne w krajach zagrożonych wirusem radykalizacji nie będą potrzebne.

To czym różnić się będą działania Sojuszu w przyszłości to więc nie ich rodzaj, a skala i rozgłos. Prawdopodobnie NATO skoncentruje się na mniejszych i dyskretniejszych operacjach grup specjalnych oraz na szpiegostwie, zarówno tym rozumianym tradycyjnie, jak i satelitarno – cyfrowym. Nie bez znaczenie będzie też próba współpracy z lokalnymi rządami oraz przywódcami co mniej radykalnych grup rebelianckich, jak to ma obecnie miejsce w Afganistanie.

Przyszłość Sojuszu to wobec tego operacje sił specjalnych, nieustająca praca wywiadowcza oraz ciągłe układania się z różnej maści przywódcami w regionach, które w najbliższych latach, a może i dekadach, stanowić będą bezpieczne schronienie i matecznik, dla nowych generacji ruchów terrorystycznych.

Michał Jarocki

Przypisy:
(1) Nora Bensahel, Counterterror Coalitions: Cooperation with Europe, NATO, and the European Union, Santa Monica, 2003, s. 6, dostępne przez: www.rand.org/pubs/monograph_reports/MR1746/MR1746.pdf (dn. 02.05.2010r.)
(2) David J. Gerleman, Jennifer E. Stevens, Operation Enduring Freedom: Foreign Pledges of Military & Intelligence Support, The Library Of Congress,  2001
(3) http://www.isaf.nato.int/history.html
(4)http://www.mod.uk/DefenceInternet/FactSheets/OperationsFactsheets/OperationsInAfghanistanBritishFatalities.htm
(5) http://wyborcza.pl/1,75477,7734261,Bundeswehra_moze_wyjsc_z_Afganistanu.html