Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Artur Perchel: Koniec belgijskiego surrealizmu

Artur Perchel: Koniec belgijskiego surrealizmu


14 grudzień 2011
A A A
Nowy belgijski rząd federalny, kierowany przez socjalistę Elio Di Rupo, wyłonił się w 541 dni po ostatnich wyborach parlamentarnych. Świeżo upieczony gabinet czeka multum wyzwań, zwłaszcza natury ekonomicznej.

541 dni bez rządu to wynik bez precedensu, pozostawiający daleko w tyle dotychczasowe rekordy, tak w domu (gabinet Verhofstadt III – 194 dni), jak i na świecie (Kambodża – 353 dni, i Irak – 249 dni). Myliłby się jednak ten, kto oczekiwał paraliżu na przestrzeni ostatniego półtorarocza. Rząd tymczasowy, na czele z chrześcijańskim demokratą Yves Leterme, starannie kontynuował obrany od dawna kurs, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej.

Najlepszym tego dowodem była federalna polityka finansowa, której na kursie kolizyjnym stanęli zarówno spekulanci, jak i agencje ratingowe, śrubując wzwyż renty na długoletnie obligacje państwowe. Właśnie w okresie, gdy renty balansowały na dramatycznej granicy 6 proc., Leterme zaapelował do społeczeństwa o wsparcie skarbu państwa poprzez zakup nowych, preferencyjnie oprocentowanych obligacji rządowych. Akcja już po tygodniu okazała się strzałem w dziesiątkę, przynosząc państwu ponad 5,7 miliarda euro, i to w momencie, gdy Europie grozi finansowa zapaść, zaś Belgia zmaga się z długiem państwowym w wysokości 350 miliardów euro, 53 proc. PKB pochłanianym przez budżetówkę, najniższym w Europie odsetkiem pracujących 55-latków oraz jednym z najwyższych reżymów podatkowych na świecie (57.3 proc.). I w tym właśnie momencie pałeczkę przejmuje Di Rupo.

Rząd historyczny

Tuż po federalnych wyborach parlamentarnych z czerwca 2010 r., król Albert II mianował Barta De Wevera z prawicowej N-VA (zwycięzca wyborów we Flandrii) na stanowisko Informatora, królewskiego wysłannika z misją utworzenia przyszłego rządu. Jednak po szeregu nieudanych negocjacji oraz nowych królewskich nominacjach (dwóch Informatorów – De Wever i Reynders, jeden Pre-formator – Di Rupo, trzech Mediatorów – Pieters, Flahaut i Vande Lanotte oraz jeden Negocjator – Beke), w maju 2011 r. król ponownie mianował Di Rupo, tym razem na stanowisko Formatora. Jego misja, obfitująca w dramatyczne zwroty i kilkudziesięciogodzinne maratony negocjacyjne, zakończyła się dokładnie szóstego grudnia, kiedy król zaprzysiężył go na nowego prezesa rady ministrów. Tym samym, Di Rupo został pierwszym socjalistycznym premierem od czasu gabinetu Leburtona z 1974 r., oraz pierwszym premierem francuskojęzycznym od czasu rządów Vanden Boeynantsa z 1979 r.

Di Rupo (ur. 1951 r.), znany ze swojego upodobania do kolorowych muszek, jest liderem francuskojęzycznej Parti Socialiste, która w 2010 r. wygrała wybory parlamentarne w Walonii. Syn włoskich imigrantów oraz zdeklarowany homoseksualista, Di Rupo od razu zabłysnął talentem oraz stylem prowadzenia negocjacji. Już jako Formator, doprowadził do historycznego porozumienia wspólnotowego (nid. Vlinderakkoord), zakładającego regionalizację niektórych polityk federalnych oraz definitywny podział obwodu wyborczego BHV (Brussel-Halle-Vilvoorde), którego językowe i wyborcze niuanse prześladowały belgijską politykę od lat.

Rząd koalicyjny


Jednak w trakcie dalszych negocjacji w sprawie ostatecznego porozumienia rządowego, doszło do kolejnej poważnej różnicy poglądów, tym razem między socjalistami a liberałami. Oba obozy przedstawiły bardzo różne stanowiska, m.in. w sprawie reformy rynku pracy, świadczeń emerytalnych oraz indeksacji płac. I kiedy po kolejnej nieudanej turze rokowań Di Rupo podał się do dymisji, król postanowił nadać biegowi spraw nowe momentum. Nie tylko nie przyjął dymisji Formatora, ale zaprosił liderów wszystkich sześciu partii na prywatne audiencje, gdzie krok po kroku analizowano rozbieżności i możliwość kompromisu. Czas dreptania w miejscu nieuchronnie zmierzał ku końcowi – z nożem na gardle spoglądano przede wszystkim w stronę rynków finansowych – Standard & Poor’s obniżał właśnie rating Belgii do poziomu AA. Ostatecznie, po szeregu nieoficjalnych spotkań między Di Rupo a przewodniczącym flamandzkich liberałów Alexandrem De Croo, Formatorowi udało się przeforsować długo wyczekiwany kompromis. W piątkowy poranek, drugiego grudnia, wraz ze wszystkimi negocjującymi liderami, uśmiechnięty Di Rupo zaprezentował szeroko zgromadzonej prasie tekst 180-stronnicowego porozumienia. A wszystko to po – sic! – 90 rundach negocjacji na przestrzeni ostatnich osiemnastu miesięcy.

Wypracowany kompromis można śmiało ostemplować mianem pragmatycznego, zwłaszcza biorąc pod uwagę wachlarz koalicjantów po obu stronach granicy językowej: socjalistów (PS i sp.a), liberałów (MR i Open VLD) oraz chadecji (CD&V i cdH) [1]. Głównym jądrem umowy rządowej jest porozumienie budżetowe, przewidujące oszczędności rzędu 11,3 biliona euro oraz ograniczenie deficytu do poziomu 2.8 proc. PKB (przy zakładanym wzroście gospodarczym 0.8 proc.). Sam budżet skomponowano z 42 proc. oszczędności, 34 proc. podatków oraz 24 proc. dodatkowych wpływów. Nie będzie to zatem porozumienie popularne społecznie, biorąc pod uwagę zakres wprowadzanych oszczędności, podatków i cięć. Jednak zarówno brak alternatywy dla wypracowanego kompromisu, jak i napięta sytuacja na europejskich rynkach finansowych, nie pozostawiają belgijskim politykom wielkiego pola manewru.

Rząd ekonomiczny

Gabinet Di Rupo to rząd trzynastu ministrów oraz sześciu sekretarzy stanu, łącznie dziesięciu polityków niderlandzkojęzycznych oraz dziewięciu francuskojęzycznych. Z niespełna trzynastoma ministrami, obecny rząd będzie najmniej licznym gabinetem belgijskim od siedemdziesięciu lat. Sytuację tę wymusiła przede wszystkim zdecydowana polityka oszczędnościowa oraz potrzeba bardziej niż dotychczas wydajnego rozdziału kompetencji ministerialnych.

Większa efektywność rządu będzie niewątpliwym atutem w pokonywaniu piętrzących się od czerwca 2010 r. wyzwań, takich jak choćby wprowadzenie i egzekucja nowego prawa finansowego. Również przekazanie uprawnień federalnych na poziom regionalny i wspólnotowy – zwłaszcza jeśli chodzi o politykę budżetową Flandrii, Walonii i Brukseli – wymagać będzie nie lada kompromisów. Rząd najbogatszego z regionów, Flandrii, już od dawna przegłosował projekt przyszłorocznego budżetu i ani myśli dokładać z własnej kiesy do budżetów dwóch pozostałych regionów. Poza tym, spore poruszenie społeczne – przede wszystkim ze strony związkowców – wywołuje program reform rynku pracy (podniesienie wieku emerytalnego do 62 lat oraz wcześniejszego przechodzenie na emeryturę od 60 roku życia; zaostrzenie zasad przyznawania zasiłków dla bezrobotnych; większa aktywacja grup pozostających poza rynkiem pracy). Do tego dochodzą również inne ‘dossiers’, takie jak przejście z energii atomowej na odnawialną, czy przyszłość znacjonalizowanego niedawno banku Dexia. Wiele emocji wzbudza także egzekucja porozumień BHV, które blokują z kolei uruchomienie nowych dotacji dla okręgu stołecznego Brukseli, o które zaciekle walczyli francophones.

Rząd wszystkich Belgów?

Di Rupo stoi zatem przed szerokim spectrum wyzwań, także natury osobistej. Brak niderlandzkojęzycznej większości w parlamencie federalnym może kosztować nowy rząd wiele trudnych momentów [2]. Paradoksalnie, do rozstrzygnięcia wielu z nich niezwykle przydatnym okaże się ... język niderlandzki. Jako premier kraju, w którym język uważany jest za aktywny instrument uprawiania polityki, a zarazem fundament porządku społecznego, Di Rupo winien swobodnie władać nie tylko francuskim, ale i niderlandzkim, nie wspominając już o niemieckim, czy angielskim. Jednak niderlandzki – język większości społeczeństwa – pozostaje jak na razie piętą achillesową nowego premiera, który zobowiązał się w expose niezwłocznie podszkolić swój lingwistyczny arsenał – „nie tylko dlatego, że muszę,” jak dodał, „ale również dlatego, że chcę”.


Zainteresowanych szczegółami formacji rządowej w Belgii odsyłam do interaktywnego kalendarza powyborczego na stronie: www.standaard.be/extra/regeringsvorming. Skład nowego rządu federalnego można znaleźć na oficjalnej stronie prezesa rady ministrów: http://premier.fgov.be/en/ministers.

[1] Porozumienia rządowego nie podpisali tylko zieloni (Ecolo oraz Groen!), których z dalszych negocjacji wyeliminował stanowczy sprzeciw flamandzkich liberałów i chadeków. Zieloni pozostają natomiast sygnatariuszami porozumienia wspólnotowego.
[2] Największa partia Belgii oraz Flandrii – N-VA – przechodzi do opozycji.