Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Europa Wschód Turkmenistan-Chiny/ Wielka gra czy wielki blef

Turkmenistan-Chiny/ Wielka gra czy wielki blef


11 kwiecień 2006
A A A
Podpisanie porozumienia gazowego przewidującego coroczne dostawy znacznych ilości turkmeńskiego gazu do Chin to główny i najbardziej spektakularny rezultat sześciodniowej wizyty Saparmurada Nijazowa w „państwie środka”. Jednak duża ogólnikowość dokumentu rodzi szereg wątpliwości. Powstaje pytanie, czy porozumienie będzie faktycznie realizowane, czy też jest ono tylko instrumentem nacisku dla obu państw, dążących do wypracowania sobie lepszej pozycji przetargowej na euroazjatyckim rynku surowców energetycznych.

Turkmenbaszy przebywał w Chinach z bezprecedensowo długą wizytą między 2 a 7 kwietnia. Zapewne nieprzypadkowo odwiedził on Chiny niejako „idąc śladem” Władimira Putina, który przebywał w ChRL w zeszłym miesiącu. Rosja Putina to dla Turkmenistanu partner i sojusznik, od którego jednak najwyraźniej „ojciec Turkmenów” chciałby się, na ile jest to możliwe, uwolnić. To jest jednak bardzo trudne: stosunki USA i UE z dyktatorskim reżimem w Aszchabadzie są zamrożone, a Rosja nie stawia Nijazowowi żadnych warunków wstępnych. Wobec bojkotu ze strony Zachodu, Nijazow zostaje więc z Putinem „sam na sam”.

Dodatkowo, Rosja ma w ręku silne argumenty: kontroluje ona bowiem szlaki tranzytu głównego turkmeńskiego bogactwa naturalnego, czyli gazu ziemnego. Obydwa główne rurociągi łączące Turkmenistan z potencjalnymi klientami znajdują się pod kontrolą rosyjską: pierwszy prowadzi wzdłuż wybrzeży Morza Kaspijskiego przez Kazachstan do Rosji, drugi przebiega przez Uzbekistan, by w rejonie Jeziora Aralskiego przekroczyć granicę z Kazachstanem i także skierować się w stronę Rosji. Turkmenistan, dysponujący znacznymi złożami „błękitnego złota”, teoretycznie byłby więc w komfortowej sytuacji, gdyby nie to, że Rosja może w bardzo dużym stopniu wpływać na ceny eksportowanego surowca i dyktować swoje warunki sprzedaży. Zależność ta jest wprawdzie obopólna, ale lawirującego w polityce zagranicznej Nijazowa (dążącego do uznania przez społeczność międzynarodową statusu „wieczyście neutralnego” Turkmenistanu) zaczęła ona najwyraźniej „uwierać”.

Jak dotąd podejmowane przez Aszchabad próby „obejścia” Rosji, dysponującej swoistym monopsonem, spełzały na niczym: brakuje zapowiadanego szlaku obchodzącego Morze Kaspijskie od południa, nie ma połączenia z Iranem, nie powstał łącznik przez Afganistan w kierunku Oceanu Indyjskiego. Turkmenbaszy zwrócił się więc w jedyny kierunek, który oferuje mu jakieś szanse: na wschód, w stronę światowego mocarstwa, rozglądającego się ostatnio za surowcami energetycznymi po całym globie.

Jest dobrze…

Wizyta turkmeńskiego lidera w Chinach miała godną oprawę: trwała aż sześć dni, dostojny gość spotkał się m.in. z przywódcą ChRL Hu Jintao, kierującym parlamentem Wu Bangguo, odwiedzając po drodze Pekin, Szanghaj oraz wschodnie prowincje kraju. Chińczycy przetłumaczyli i wydali „Ruhnamę” – dzieło napisane przez Nijazowa, której filozoficzną głębię rozważał sam minister kultury Sun Jiazheng.

Atmosfera w stosunkach turkmeńsko-chińskich jest bardzo ciepła: oba kraje potwierdziły, że łączy je wspólna ocena najważniejszych problemów międzynarodowych. Nijazow jednoznacznie poparł „politykę jednych Chin” uznając rząd w Pekinie za jedyne przedstawicielstwo społeczności chińskiej w stosunkach międzynarodowych. „Tajwan to nieodłączna część terytorium chińskiego” – czytamy m.in. w wydanej po rozmowie Nijazow-Jintao wspólnym oświadczeniu (3 kwietnia). ChRL może także liczyć na zrozumienie i pełne poparcie Aszchabadu jeśli chodzi o sprawę Tybetu. „Doceniamy wsparcie Turkmenistanu, jeśli chodzi o Tajwan, Tybet i walkę z trzema siłami” – zrewanżowali się Chińczycy („trzy siły” to rozumiane specyficznie „terroryzm, separatyzm i ekstremizm”, oznaczające w wydaniu chińskim m.in. walkę z muzułmanami w prowincji Xinjiang). W cytowanej deklaracji Chiny także „potwierdziły swoje poparcie dla wysiłków Turkmenistanu w celu zabezpieczenia niezależności, suwerenności, integralności terytorialnej, rozwoju gospodarczego i utrzymania stabilności wewnętrznej”. Nijazow podkreślił wagę studiowania inspirujących „chińskich doświadczeń” transformacji.

Oba kraje zadeklarowały chęć rozwijania wszechstronnej współpracy (m.in. handlowej, telekomunikacyjnej, w dziedzinie rozbudowy i modernizacji infrastruktury, kulturalnej, przemysłowej (np. chemicznej), koordynowania polityki zagranicznej). W komentarzach w gazetach chińskich Turkmenistan był określany jako „bliski, przyjazny sąsiad, choć nie graniczący z Chinami”. Podkreślano, że przyjazne stosunki dwustronne są stałym kursem w polityce zagranicznej obu państw, niezależnie od bieżącej koniunktury politycznej.

…a może być lepiej: strategiczne porozumienie z Chinami

Jednak pomimo tych wszystkich górnolotnych słów, wymierne efekty wzajemnych kontaktów nie są imponujące: to zaledwie 420 milionów dolarów chińskich inwestycji (m.in. koncernu telekomunikacyjnego ZTE) i obroty handlowe w marginalnej wysokości 180 milionów dolarów w 2005 roku (co i tak stanowi istotny wzrost w stosunku do lat wcześniejszych).

Dziedziną, w której interesy obu krajów wydaja się być zbieżne i mieć szanse na dynamiczny rozwój, jest za to energetyka. 3 kwietnia, obok sześciu innych dokumentów o mniejszej randze, podpisane zostało „Generalne porozumienie o realizacji projektu gazociągu Turkmenistan-Chiny i o sprzedaży gazu z Turkmenistanu do Chin”, które przez Nijazowa zostało z miejsca określone jako „strategiczne”.

Podpisany dokument składa się z czternastu artykułów (jego tekst dostępny w języku rosyjskim). Strony umawiają się, że począwszy od 2009 roku Turkmenistan będzie dostarczał Chinom 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie przez okres trzydziestu lat. Do tego celu ma zostać zbudowany gazociąg łączący oba kraje. Jego budową, a także negocjacjami z krajami tranzytowymi (Uzbekistanem i Kazachstanem?) miałyby się zająć Chiny. Możliwe, że rurociąg dochodziłby do granicy chińskiej na wysokości miejscowości Urumczi. Surowiec pochodziłby ze złóż we wschodnim Turkmenistanie, z prawego brzegu rzeki Amu-Daria. Co istotne, eksploatacją złóż zajmowałyby się wspólnie (na mocy odrębnego porozumienia) obie strony, co jest szczególnie atrakcyjne dla Chińczyków, którzy zyskaliby bezpośredni dostęp do złóż środkowoazjatyckiego gazu. Cena nie została precyzyjnie określona, podkreśla się tylko, że zostanie ona ustalona „na racjonalnej i sprawiedliwej podstawie”, co każe się domyślać, że będzie ona zbliżona do cen rynkowych. Jest to korzystne zwłaszcza dla Turkmenistanu, który sprzedaje Rosji swój surowiec po około 44-65 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, tu zaś mógłby prawdopodobnie liczyć na dwukrotne przebicie. Płatności mają być realizowane „wyłącznie” w walucie amerykańskiej.

Wszelkie kwestie szczegółowe mają zostać doprecyzowane do końca 2006 roku w trzech odrębnych porozumieniach (Porozumienie o wspólnej eksploatacji złóż, o przygotowaniu projektu gazociągu wraz z analizą ekonomiczno-techniczną, o warunkach sprzedaży-zakupu gazu). Negocjować je będą przedstawiciele turkmeńskiego Ministerstwa Gazu i Surowców Mineralnych oraz chińskiej państwowej Chinese National Petroleum Company.

W wystąpieniu telewizyjnym prezydent Nijazow zapowiadał, że otwarcie gazociągu może nastąpić już nawet w 2008 roku, a od 2010 roku turkmeńskie dostawy do Chin będą wynosiły corocznie nie 30, a 50 miliardów metrów sześciennych.

We wspólnym oświadczeniu Nijazowa i Jintao podkreślono, że przyjęte porozumienie odpowiada interesom obu stron oraz że „właściwe departamenty przyspieszą kroki zmierzające do przestudiowania projektu i realizacji chińsko-turkmeńskiego gazociągu”. Czy jednak naprawdę porozumienie, jak chciał jeden z chińskich dzienników, „stanowi kluczowy moment” w stosunkach miedzy oboma krajami?

Sceptycyzm ekspertów

Wydaje się, że turkmeńsko-chińska umowa wygląda solidnie tylko „na papierze”. W rzeczywistości, eksperci są bardzo sceptyczni co do tej spektakularnej inwestycji, zakładającej budowę gazociągu o długości czterech tysięcy kilometrów w czasie niespełna trzech lat.

Wątpliwości budzi ekonomiczna opłacalność tego gigantycznego projektu i to, że w podpisanej na początku kwietnia umowie brak jest np. jakichkolwiek bliższych szczegółów co do trasy gazociągu, opłat tranzytowych, odniesienia do stanowiska potencjalnych państw tranzytowych (które zresztą nie zostały określone, a do pomyślenia są potencjalnie różne trasy).

Poza tym, według oficjalnych danych, w 2005 roku Turkmenistan wydobył 65 miliardów metrów sześciennych gazu, z czego wyeksportował 45 miliardów. Czy więc w kraju tym są w ogóle wystarczające rezerwy gazu, aby zapewnić poziom dostaw, jaki przewiduje turkmeńsko-chińska umowa? Trudność stanowi tu fakt bardzo słabego zbadania prawdziwego poziomu turkmeńskich rezerw (a już zwłaszcza w rejonie prawego brzegu Amu-Darii), choć niektórzy uważają, że maksymalnie Turkmenistan byłby zdolny do wydobywania nawet 100-120 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie.

Ale tu pojawia się kolejny kłopot: zobowiązania Turkmenistanu wobec rosyjskiego Gazpromu. Eksperci różnie oceniają wprawdzie umowę zawartą między krajem Turkmenbaszy i Rosją (teoretycznie obowiązuje ona od 2004 do 2028 roku i przewiduje coroczne zakupy przez Gazprom 100 miliardów metrów sześciennych turkmeńskiego gazu za 44 dolary od 2010 roku). Niektórzy twierdzą, że z uwagi na niejasne zapisy jej ważność nie wykracza poza 2008 rok. Ale nawet jeśli by tak było, to trudno sobie wyobrazić, aby Gazprom poddał się bez walki i „odpuścił” turkmeński rynek. Ocenia się bowiem, że po 2008 roku wydobycie rosyjskie zacznie spadać i tani surowiec z Azji Centralnej, z którego Rosja już teraz korzysta manipulując cenami przy okazji „gazowych kryzysów”, będzie odgrywał w strategii Gazpromu absolutnie kluczową i pierwszoplanową rolę.

Istnieje więc uzasadnione domniemanie, że także i po 2010 roku cały turkmeński gaz będzie wędrował do Rosji, a porozumienie z Chinami służy Aszchabadowi tylko do wzmocnienia swojej pozycji negocjacyjnej wobec Gazpromu, tak aby móc przeforsować wyższe, korzystniejsze dla siebie ceny.

Chyba że górę weźmie z kolei „wielka polityka”: chińskie interesy i „geopolityka” widziana z Pekinu. Wówczas w pustynnym Turkmenistanie może dojść do pierwszego w obecnym stuleciu poważnego starcia między dwiema euroazjatyckimi potęgami, Moskwą i Pekinem.

Na podst. centrasia.ru, gundogar.org, jamestown.org, rferl.org, turkmenistan.ru, xinhuanet.com