Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Bezpieczeństwo Tomasz Otłowski: Afganistan: negocjacje z Talibami?

Tomasz Otłowski: Afganistan: negocjacje z Talibami?


21 listopad 2008
A A A

 

 Sample Image

Polska powinna aktywnie przeciwstawić się kapitulanckim trendom w polityce i filozofii myślenia części państw NATO w kwestii dalszego przebiegu operacji afgańskiej. Musimy przekonywać naszych partnerów i sojuszników, że tylko zwiększenie zaangażowania militarnego doprowadzi w krótkim czasie do poprawy sytuacji, co z kolei otworzy większe perspektywy dla niezbędnych działań politycznych.

Wyniki wyborów prezydenckich w USA wpłynęły na nasilenie presji ze strony części ośrodków politycznych i medialnych na Zachodzie na wprowadzenie radykalnych zmian w strategii działania koalicji międzynarodowej w Afganistanie. Zasadniczym elementem tej nowej polityki miałoby być odejście od dotychczasowego aksjomatu, iż z Talibami nie będą prowadzone żadne negocjacje i rozmowy o ewentualnym podziale władzy w Kabulu. Zwycięstwo Baracka Obamy, po którym powszechnie spodziewa się istotnych zmian co do treści i formy polityki zagranicznej USA, miałoby rzekomo przyczynić się do przyjęcia bardziej koncyliacyjnego podejścia do kwestii afgańskiej, co polegać miałoby na większej skłonności do posługiwania się dialogiem jako metodą działań Waszyngtonu w polityce międzynarodowej. [1]

Naciski na podjęcie jakiejś formy dialogu politycznego z ruchem Talibów, lub przynajmniej jego mityczną „najbardziej umiarkowaną” częścią, pojawiały się zresztą od dłuższego czasu.[2] Co więcej, nawet odchodząca administracja USA nie oparła się tej filozofii myślenia o dalszym zarządzaniu operacją afgańską. W dniu 9 października br., podczas nieformalnego spotkania ministrów obrony państw członkowskich NATO w Budapeszcie, sekretarz obrony USA Robert Gates oświadczył, że administracja amerykańska będzie gotowa do poparcia ewentualnych rozmów rządu w Kabulu z Talibami w celu zakończenia wojny w Afganistanie. Gates zaznaczył również, że warunkiem dla wsparcia przez Waszyngton rozmów z Talibanem jest zerwanie przez nich związków z Al-Kaidą. [3] Słowa sekretarza obrony USA doskonale wpisały się w ogólny klimat defetyzmu i zwątpienia w sens i perspektywy wygrania wojny afgańskiej, jaki panuje ostatnio na Zachodzie. [4]

Zniechęcenie i pesymizm dużej części zachodniej opinii publicznej wynikają oczywiście z niezwykle trudnej sytuacji strategicznej, panującej od pewnego czasu w Afganistanie. Koalicja międzynarodowej od niemal dwóch lat znajduje się w defensywie, a Talibowie i sprzymierzona z nimi Al-Kaida nieustannie rosną w siłę. Splot niekorzystnych dla Zachodu czynników – zaistniałych w latach 2006-2007, tak w samym Afganistanie, jak i wokół niego (głównie w Pakistanie [5]) – sprawił, że afgańscy radykałowie odzyskali inicjatywę strategiczną. Wzrosło tempo działań operacyjnych islamistów oraz ich skuteczność, rosnąć zaczęły też straty sił koalicji, a wraz z nimi presja ze strony społeczeństw krajów NATO-wskich, aby wycofać się z kampanii afgańskiej. [6]

Co gorsze, obecne zwiększenie aktywności Talibów przekłada się na spadek efektywności działań pomocowych dla Afganistanu, podejmowanych przez społeczność międzynarodową. To zaś z kolei pogarsza – i tak już fatalne – warunki życiowe Afgańczyków, umacniając nastroje antyzachodnie i antyrządowe oraz kreując Talibów jako jedyną sprawną i skuteczną siłę w wielu regionach Afganistanu. [7]

Reasumując, obecna sytuacja strategiczna w Afganistanie jest najgorszą z możliwych na podejmowanie jakichkolwiek prób negocjacji z Talibami na temat zakończenia konfliktu. Truizmem jest stwierdzenie, że każda wojna – nawet najdłuższa i najkrwawsza – musi w rezultacie doprowadzić do jakichś rozwiązań politycznych. Problem polega jednak na tym, aby poprzez poszukiwanie takiego politycznego zakończenia strona, która walczy w słusznej sprawie (a zakładamy, że dla Zachodu operacja afgańska była i wciąż jest ową „słuszną sprawą”), nie przekreśliła celów, dla których dana wojna została podjęta oraz jej dotychczasowych osiągnięć. Innymi słowy, wojnę należy więc najpierw wygrać „w polu” (lub co najmniej doprowadzić w zdecydowany sposób do militarnego i politycznego osłabienia przeciwnika), a dopiero później rokować. W przeciwnym razie podważa się sam sens dotychczasowego własnego wysiłku wojennego oraz poniesionych nakładów i ofiar. [8] Nie można przy tym także abstrahować od wymiaru moralnego całej kwestii – wszak Talibowie od lat są najbliższymi sprzymierzeńcami Al-Kaidy. To m.in. dzięki nim Osama bin Laden mógł w dość krótkim czasie doprowadzić swą organizację do takiego stadium rozwoju operacyjnego i strategicznego, w którym była ona w stanie przygotować i przeprowadzić skuteczne uderzenie na terytorium Stanów Zjednoczonych – coś, co nie miało miejsca od czasu ataku na Pearl Harbor. To dzięki Talibom Al-Kaida mogła również w swych afgańskich obozach treningowych wszechstronnie wyszkolić tysiące adeptów terroryzmu i posłać ich do różnych części świata dla prowadzenia walki z Zachodem. Tym samym – ze strategicznego punktu widzenia, ale także przez wzgląd na konieczność zachowania przez Zachód głównych geopolitycznych korzyści, uzyskanych w toku siedmiu lat wojny – rokowania z Talibami na temat politycznego uregulowania konfliktu afgańskiego powinny być podjęte z pozycji silniejszego. Aby tak się stało, siły międzynarodowe musiałyby jednak doprowadzić do sytuacji, w której Talibowie nie mają żadnej alternatywy dla podjęcia negocjacji z władzami w Kabulu i społecznością międzynarodową. [9] Dziś widać wyraźnie, że stan taki jest bardzo odległy, a Talibowie nie tylko nie czują się przymuszeni swą sytuacją operacyjną do zasiadania do stołu rokowań, ale wręcz przeciwnie – to oni dyktują dziś siłom międzynarodowym tempo i zakres działań militarnych. Co więcej, czas gra na korzyść Talibanu: im później dojdzie do ew. negocjacji pokojowych, tym silniejsza będzie pozycja negocjacyjna Talibów. [10]{mospagebreak}

Sytuacja taka nie nastąpi, jeśli Zachód podejmie radykalne działania na rzecz zmiany tego stanu rzeczy, co wydaje się jednak wątpliwe. Tymczasem wystarczyłoby – z militarnego punktu widzenia – bardzo niewiele: do najbliższej wiosny wzmocnić siły ISAF o co najmniej jedną pełną brygadową grupę bojową (ok. 2-3 tys. żołnierzy), nie związaną restrykcyjnymi ROE (rules of engagement), tak aby nowy „sezon” walk A.D. 2009 z Talibami rozpocząć już ze znacznie lepszej pozycji operacyjnej. Dla pełnego sukcesu – rozumianego jako przejście sił międzynarodowych z permanentnego stanu strategicznej defensywy do szeroko zakrojonych działań ofensywnych (także, jeśli zaszłaby taka potrzeba, na pogranicznych terenach Pakistanu) – konieczne byłoby wzmocnienie ISAF o trzy rozwinięte brygady (łącznie ok. 6-8 tys. żołnierzy), wyposażone w silny komponent powietrzny (śmigłowce uderzeniowe) i nowoczesne środki rozpoznania pola walki (UAV). Niestety, dziś wszystko wskazuje na to, że nie ma szans na tak poważne zwiększenie zaangażowania Sojuszu Północnoatlantyckiego w Afganistanie. Należy sądzić, że nawet zarysowująca się już dziś strategia nowej demokratycznej administracji USA, zakładająca (w dużym uproszczeniu) zwiększenie zaangażowania w Afganistanie kosztem poziomu obecności w Iraku [11], nie doprowadzi najpewniej w relatywnie krótkim czasie (3-6 miesięcy) do zwiększenia poziomu sił ISAF/OEF o pełne trzy brygady. Ewentualne podjęcie negocjacji politycznych z Talibami właśnie teraz, gdy są najsilniejsi i najsprawniejsi od 2001 roku, oznaczałoby więc polityczną klęskę zaangażowania NATO w Afganistanie oraz propagandowy i prestiżowy cios dla USA. Rokowania z Talibanem w obecnych uwarunkowaniach strategicznych z pewnością oznaczałyby też koniec władzy prezydenta Hamida Karzaja i jego prozachodniego rządu w Kabulu. [12] Z biegiem czasu, niezależnie od wynegocjowanych z Zachodem porozumień, Talibowie poczuliby się zapewne na tyle silni, że podjęliby próbę przejęcia pełni władzy w Kabulu. Nie byłoby to zapewne trudne; obecność sił międzynarodowych byłaby już wówczas mocno okrojona, a pozycja polityczna radykałów umocniona niewątpliwym sukcesem w postaci zmuszenia Zachodu do układów pokojowych. W rezultacie, w relatywnie krótkim czasie, w Afganistanie ponownie powstałby radykalny sunnicki reżim religijny, wspierający międzynarodowy ruch terrorystyczny. [13] Jeśli faktycznie siły i środki ISAF/OEF nie ulegną znaczącemu zwiększeniu w najbliższej przyszłości, to i tak można jednak pokusić się o znalezienie potencjalnie skutecznej alternatywy wobec koncepcji podjęcia negocjacji z Talibami w obecnej niekorzystnej sytuacji strategicznej. W tym celu niezbędna byłaby jednak zasadnicza zmiana strategii Zachodu wobec sytuacji w Afganistanie. Kierunek tych zmian wytyczają doświadczenia irackie, gdzie od niemal dwóch lat Amerykanie wspierają samorzutnie tworzone struktury paramilitarne (głównie sunnickie), organizowane na bazie więzi plemiennych i klanowych. Podstawowym zadaniem tych milicji – zrzeszonych w tzw. Radzie Przebudzenia – jest ochrona lokalnych społeczności przed terrorystami z Al-Kaidy, radykałami szyickimi i zwykłymi kryminalistami. Grupy te skutecznie spełniają jak dotąd swe zadania, co przyczyniło się do polepszenia sytuacji bezpieczeństwa w Iraku.

Także w Afganistanie należałoby więc zintensyfikować tego typu próby, tym bardziej, że istnieją ku temu dogodne warunki w postaci tradycyjnych struktur systemu plemiennego i klanowo-rodowego. [14] Amerykanie, kierując się doświadczeniami irackimi, zaczęli już w kilku miejscach Afganistanu tworzyć tego typu lokalne milicje. [15] Istnieją duże szanse, że strategia ta – o ile zostanie zastosowana na dużą skalę – może przynieść konkretne korzyści również w Afganistanie. [16]{mospagebreak}

Wnioski i rekomendacje:

Polska powinna aktywnie przeciwstawić się kapitulanckim trendom w polityce i filozofii myślenia części państw NATO w kwestii dalszego przebiegu operacji afgańskiej. Musimy przekonywać naszych partnerów i sojuszników, że tylko zwiększenie zaangażowania militarnego doprowadzi w krótkim czasie do poprawy sytuacji, co z kolei otworzy większe perspektywy dla niezbędnych działań politycznych. Co więcej, poprawa sytuacji operacyjnej dawać będzie też szanse na zwiększenie zakresu i skuteczności wyhamowanych obecnie programów humanitarnych i pomocowych dla ludności cywilnej kraju. To zaś jest z kolei niezbędny element procesu odzyskiwania zaufania Afgańczyków do sił międzynarodowych i władz w Kabulu oraz warunek dla podkopania społecznego poparcia dla Talibów.

Polska ma szczególne prawo głośno i aktywnie domagać się od swych sojuszników zwiększenia ich wysiłku militarnego w Afganistanie – dysponujemy w ramach ISAF dużym kontyngentem, którego działania nie są sztucznie ograniczane restrykcyjnymi ROE. Dążenie do zwiększenia aktywności poszczególnych członków Sojuszu w misji afgańskiej jest równocześnie naszym obowiązkiem, bowiem ostateczny rezultat operacji ISAF jest w istocie sprawdzianem skuteczności polityczno-militarnej NATO, a więc także jego wiarygodności jako sojuszu. Klęska w Afganistanie byłaby z pewnością katalizatorem wielu niekorzystnych trendów i procesów trwających od kilku lat w łonie wspólnoty transatlantyckiej, których efektem mógłby być wręcz faktyczny paraliż NATO i jego powolny rozpad. To zaś byłoby dla Polski i innych państw Europy Środkowej prawdziwą geopolityczną katastrofą.

Na obecnym etapie intensyfikacja działań bojowych w Afganistanie, zwłaszcza tych o stricte ofensywnym charakterze, wydaje się jedynym racjonalnym remedium na zaistniałą sytuację. Zasoby kadrowe i materiałowe Talibów nie są niewyczerpane i w gruncie rzeczy nie byliby oni w stanie wytrzymać dużego tempa agresywnych działań operacyjnych, prowadzonych w dłuższym okresie czasu (np. kilku miesięcy).

Należy więc dążyć do uzyskania w przyszłym roku takiej sytuacji operacyjnej w Afganistanie, w której to siły międzynarodowe będą dyktować zakres i tempo działań. Prócz starań o zwiększenie liczebności kontyngentów ISAF i OEF należy też bezwzględnie dążyć do zmiany polityki części sojuszników odnośnie zasad działania ich kontyngentów w Afganistanie. Samo poluzowanie restrykcyjnych ROE, ciążących na wielu z nich, dałoby niemal z dnia na dzień kilka tysięcy dodatkowych „bagnetów”, co z pewnością polepszyłoby sytuację operacyjną sił międzynarodowych.

Strategia taka musi być dodatkowo wsparta zwiększeniem wysiłku na rzecz tworzenia i szkolenia afgańskich sił bezpieczeństwa oraz aktywowania (tam gdzie jest to możliwe) lokalnych struktur samoobrony. Ważną częścią składową działań wobec Afganistanu musi być również dążenie do ograniczenia finansowej swobody Talibów. Dochody Talibanu to w dużej części środki finansowe pozyskiwane z produkcji narkotyków, ale też z zagranicznych dotacji i tradycyjnych muzułmańskich datków charytatywnych. Te ostatnie pochodzą głównie z arabskich państw regionu Zatoki Perskiej (szczególnie Arabii Saudyjskiej). [17] Ograniczenie napływu tych środków jest możliwe, także konieczne dla poprawy sytuacji w Afganistanie.

Nie uda się uzyskać poprawy w położeniu sił sojuszniczych w Afganistanie bez rozwiązania kwestii działalności afgańskich Talibów na obszarze Pakistanu. Akcje militarne ISAF/OEF na terytorium tego państwa nie mogą, z oczywistych względów, przybrać masowej skali, co niweluje ich potencjalną skuteczność. Konieczne jest więc przekonanie nowych władz w Islamabadzie – także mających poważne problemy z rodzimym ruchem Talibów, że szanse powodzenia daje tylko współpraca z Zachodem w zwalczaniu radykałów po obu stronach granicy. Ostatnie doniesienia z regionu napawają w tym kontekście ostrożnym optymizmem. [18]

Przypisy:
[1] George Friedman “Obama’s challenge”, “Stratfor”, 5 listopada 2008 roku.
[2] „Moves toward negotiating with the Taliban”, „Stratfor”, 1 października 2008 roku. Patrz także: “NATO does not rule out Afghan talks with Taliban”, AFP, 1 października 2008 roku.
[3] „The beginning of the end of the war?”, “Stratfor”, 9 października 2008 roku.
[4] „British commander expects no clear Afghan victory”, serwis internetowy AFP, 5 października 2008 roku.
[5] Dominik Jankowski “Niebezpieczna próżnia: Pakistan po Musharaffie”, „Policy Paper” Fundacji Amicus Europae, nr 3/2008, wrzesień 2008 roku.
[6] Arnaud De Borchgrave “Losing Afghanistan?”, AFP, 19 września 2008 roku. Porusz też: Tomasz Otłowski “Afganistan A.D. 2008 – misja NATO na rozdrożu”, “Biuletyn OPINIE” Fundacji Amicus Europae, nr 6/2008, sierpień 2008 roku.
[7] Arnaud De Borchgrave, op. cit.
[8] Dobrym przykładem prawidłowego myślenia w tej kwestii była strategia amerykańska wobec sytuacji w Iraku, przyjęta na przełomie lat 2006 i 2007. Słynna już operacja „surge", czyli wzmocnienie stacjonujących w Iraku sił USA o kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, doprowadziła wówczas – wraz z odpowiednimi modyfikacjami polityki Waszyngtonu wobec głównych sił irackich – do radykalnego przełomu w sytuacji strategicznej w tym kraju i poprawy warunków bezpieczeństwa.
[9] Joseph J. Collins “To further Afghan reconciliation – fight harder!”, “The Small Wars Journal”, 31 października 2008 roku.
[10] Cheryl Benard „Talk to the Taliban? Not now”, UPI, 11 listopada 2008 roku. Porusz też: „Negotiate with the Taliban?”, „The Weekly Standard”, 12 listopada 2008 roku.
[11] George Friedman, op. cit.
[12] Cheryl Benard, op. cit.
[13] ibidem, a także: Joseph J. Collins, op. cit.
[14] Dotyczy to zwłaszcza społeczności pasztuńskich, żyjących na pograniczu Afganistanu i Pakistanu, gdzie istnieje odwieczna tradycja wyznaczania przez poszczególne plemiona grup mężczyzn (tzw. Arbakai) których zadaniem jest stawanie do walki w czasie wojny oraz egzekwowanie poleceń starszyzny i sprawowanie funkcji policyjnych w czasie pokoju (szerzej na ten temat w: Tomasz Otłowski „Operacja NATO w Afganistanie: na drodze do klęski?”, „Biuletyn OPINIE” Fundacji Amicus Europae nr 2/2008, styczeń 2008 roku).
[15] „Hints of a New US strategy”, „Stratfor”, 10 października 2008 roku.
[16] „Petraeus says Afghan tribes could help fight militants”, “Associated Press” (serwis internetowy), 6 listopada 2008 roku.
[17] Joseph J. Collins, op. cit. 18 „US stages joint border operations with Pakistan”, serwis AFP, 18 listopada 2008 roku.
[18] „US stages joint border operations with Pakistan”, serwis AFP, 18 listopada 2008 roku.