Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Polityka Ziemowit Szczerek: Ukrain jest więcej niż dwie

Ziemowit Szczerek: Ukrain jest więcej niż dwie


08 grudzień 2009
A A A

Po pomarańczowej rewolucji mówiło się o dwóch Ukrainach. Tej niebieskiej i tej pomarańczowej. Pomarańczowej - prozachodniej, prodemokratycznej i w swej esencji właśnie ukraińskiej. Niebieskiej – prorosyjskiej, rosyjskojęzycznej, antyzachodniej i putinoidalnej. Pomijając fakt, że to straszliwe uproszczenia – nie ma dwóch Ukrain. Jest ich znacznie więcej.

Ukraina, która najbliższa jest polskim o niej wyobrażeniom, to Ukraina zachodnia. Ta ze Lwowem, ze Stryjem, Drohobyczem, Stanisławowem – obecnym Iwano-Frankiwskiem. Ta, którą Polacy nazywają Galicją Wschodnią, a Ukraińcy Hałyczyną.

Zachód

To jest właśnie Ukraina, której obraz Polacy mają tendencję rzutować na cały ten prawie 47-milionowy kraj. Wynika to – oczywiście – z historii naszego sąsiedztwa, bardzo często trudnego. Dlatego, gdy naszemu rodakowi stereotypowo zachce się do Ukraińców odnosić, powie o nich „banderowcy”, „UPA”, czy – jak mówi się na nich na polskim pograniczu – „Szoszoni”.
 
Image
Widok na centrum Lwowa (fot. mpietruszewski)

Ocena działalności Stepana Bandery i UPA – zachodnioukraińskich bohaterów – w Polsce jest zazwyczaj negatywna. Pamiętać jednak należy, że równie negatywna jest ona na wschodniej Ukrainie. Z nieco jednak innych powodów, niż w Polsce: na wschodzie nadal bowiem żywa jest wizja „upowskich bandytów” wykreowana w radzieckich czasach powojennych. Upowcy przedstawiani byli jako „reakcyjni” i „nacjonalistyczni” bandyci. Obraz więc UPA na wschodzie porównać można do obrazu, jaki mają takie organizacje, jak Wolność i Niepodległość w polskich środowiskach lewicowych. Podczas, gdy na zachodniej Ukrainie UPA ma charakter swego rodzaju narodowej legendy konsolidującej społeczeństwo, na wschodzie tym mitem nadal będzie raczej radziecka mitologia Armii Czerwonej, zwycięzcy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wystarczy wspomnieć dzieło Kseni Simonowej, zwyciężczyni tegorocznego ukraińskiego „Mam talent”: jej rysowana na piasku, bardzo efektowna i wzruszająca opowieść o II wojnie światowej równie dobrze mogłaby być opowiedziana w czasach radzieckich. Nic się nie zmieniło, łącznie z symbolem zwycięstwa: obeliskiem zwieńczonym gwiazdą i wiecznym ogniem, który płonie na chwałę „gierojom Sowietskogo Sojuza”.

We Lwowie natomiast organizowane są marsze weteranów UPA, a ubrani w mundury niesławnego SS Galizien „rekonstruktorzy historii” biegają po wołyńskich łąkach. Na lwowskim Prospekcie Swobody kupić można banderowskie flagi i wpinki, a pomnik Bandery w tym mieście jest większy, od wszystkich galicyjskich Leninów razem wziętych.

„Prawie Polska” a „prawdziwa Ukraina”

ImagePolacy często odbierają zachodnią Ukrainę jako region, w którym żywe są antypolskie resentymenty. Co ciekawe, stereotyp Hałyczyny na wschodzie każe z kolei postrzegać ją jako „prawie Polskę”, gdzie wszyscy marzą o połączeniu z Rzeczpospolitą, coraz częściej występującej w ukraińskiej świadomości jako część bogatego Zachodu.

To – oczywiście – bzdura: ukraiński patriotyzm jest na Zachodzie bardzo silny, a przeciętny „Galicjanin” spytany o połączenie z Polską tylko się roześmieje. I to w najlepszym wypadku. Ukraińcy z zachodu szczycą się, że to „u nich jest prawdziwa Ukraina”, że to u nich – w odróżnieniu od reszty kraju - mówi się czystą, ukraińską mową, a nie po rosyjsku, czy w surżyku - mieszaninie języków rosyjskiego i ukraińskiego, a raczej rosyjskich i ukraińskich dialektów.

Habsburski mit

Bardzo silne są na zachodzie Ukrainy tendencje do pielęgnowania pamięci o związkach z „zachodnioeuropejską” kulturą i historią. Kult „czasów habsburskich” jest w Galicji-Hałyczynie bardzo silny – wielu uznaje go za swoisty „dowód europejskości” regionu (choć i w owych mitycznych czasach lokalny niemiecki literat, Karl-Emil Franzos pisał o Galicji Wschodniej jako o „pół-Azji”). Związki z kulturą polską są tu także bardzo mocne – nasz język był po prostu istotnym składnikiem wspólnej przestrzeni kulturowej w czasach Habsburgów oraz I i II Rzeczpospolitej. Również obecnie Polska jest postrzegana jako sąsiad ważny, którego język dobrze jest znać.

Pisarze - przedstawiciele zachodnioukraińskiego nurtu zwanego często (i w dużym uproszczeniu) „fenomenem stanisławowskim”, są często piewcami owej „zachodnioukraińskiej”, pohabsburskiej i europejskiej kultury i spuścizny. Jurij Andruchowycz, Taras Prochaśko, Natalia Śniadanko – wszyscy w bardzo wyrafinowany sposób posługują się językiem polskim. W powieści „Ahatanhel” Natalia Śniadanko wylicza języki, którymi posługuje się jeden z jej  galicyjskich bohaterów, i są wśród nich „oczywiście polski i rosyjski”. Galicyjski stereotypowy inteligent po prostu zna polski. Nauczył się go „sam z siebie”, jak Szwejk – niemieckiego.

Autonomia?

Funkcjonuje na zachodzie Ukrainy środowisko tzw. „galicyjskich autonomistów”. Nieszerokie, prawda, i niespecjalnie zintegrowane - jednak widoczne. Jego zwolennicy wskazują na istotne – i faktycznie istniejące - różnice kulturowe pomiędzy Hałyczyną a innymi częściami Ukrainy. I jeśli Ukraina przybierze prorosyjski kurs – to właśnie oni protestować będą najgłośniej, bo „Moskale” i ich sposób uprawiania polityki, podejścia do roli jednostki w społeczeństwie, ich model kulturowy, jest rzeczą, na którą „autonomiści” dużą alergię.

„Wylęgarnia kompleksów”

Image
Charków (fot. mpietruszewski)
Na wschodzie uważa się to zachodnioukraińskie podkreślanie europejskości i nacjonalizm za przejaw zaściankowości i zakompleksienia wobec Zachodu. Przypominają, że za czasów habsburskich Galicja była najbardziej zaściankową prowincją imperium, egzaltacja więc jej mitem to zbieranie ochłapów z pańskiego stołu. Nawet Bohdan Osadczuk, słynny ukraiński publicysta i współpracownik Jerzego Giedroycia, zdaje się uważać zachód Ukrainy za prowincjonalną wylęgarnię kompleksów, prawdziwej esencji ukraińskości doszukując się raczej na pokozackich naddnieprzańskich stepach. Czyli w środkowo-wschodniej części Ukrainy.

„Nieukraińska Ukraina”

Cóż jednak, kiedy ten środkowy wschód prawie nie mówi po ukraińsku. Nie znaczy to jednak, że mieszkańcy Dniepropietrowska czy Zaporoża nie czują się Ukraińcami. Otóż, w swojej masie, czują się – jeśli nie Ukraińcami etnicznymi (bo podczas ZSRR, a i wcześniej, za czasów carskich, w których Ukraina nazywana była po prostu Małorusią, region ten najnaturalniej w świecie się zruszczył), to często lojalnymi obywatelami Ukrainy. Nikt tutaj – wbrew stereotypowi, jaki na temat Wschodu mają mieszkańcy Galicji – nie zamierza przyłączać się do Rosji. Również wschodni oligarchowie – jak twierdzą politolodzy – nie mają interesu w integracji z Moskwą: Rosja jest dla ich interesów konkurentem, a nie partnerem. Ponadto w państwie ukraińskim lokalni oligarchowie pozostają na pierwszym planie. W Rosji natomiast musieliby zająć swoje miejsce w szeregu – nie byliby tam ani najbogatsi, ani najbardziej wpływowi.

Nie można jednak udawać, że kwestia tożsamości na wschodzie jest jasna i prosta. Członkowie charkowskiej, legendarnej już (i nieistniejącej) grupy 5’Nizza robią karierę głównie na wschodniej Ukrainie i – właśnie – w Rosji. Do Lwowa nigdy nie dojechali – twierdzą, że nigdy nie dostali zaproszenia, po prostu – nikogo tam nie interesują. Po ukraińsku śpiewają tylko dwie piosenki. Wokalista Andriej Zaporożec twierdzi, że na wschodzie ludzie oglądają głównie rosyjską telewizję i czytają rosyjskie gazety. Po ukraińsku nikt tu nie mówi. Osoba zagadnięta po ukraińsku zrozumie rozmówcę, ale odpowie mu po rosyjsku. Im dalej na wschód, tym bardziej oczywistym jest, że to zupełnie inny obszar kulturowy, bliższy – na pewno – Moskwie, niż Lwowowi. Kijów spaja to wszystko niczym klamra, która nie pozwala się rozjechać obu częściom kraju. Centralna i programowa ukrainizacja spotyka się jednak na wschodzie z silną niechęcią. Wielu uważa, że niepotrzebnie i na siłę wprowadza się język ukraiński tam, gdzie nikt nie chce go używać.
- Czy żeby być dobrym Ukraińcem muszę mówić w tym banderowskim języku? – Pyta mnie Wowa, dwudziestoparolatek z którym rozmawiam w dniepropietrowskim pubie. – Nie im, upowcom, oceniać, czy dobry ze mnie Ukrainiec, czy nie.
 
Image
Mamy prawo na historię, język rosyjski, samorządność (fot. mpietrusewski)

„Kto jest dobrym Ukraińcem”

Pomijając inwektywy, Wowa może mieć rację. Paradoksalnie, wymóg stosowania ukraińskiego w sądach, urzędach, na szyldach itp. (często i tak nie przestrzegany), może jedynie zniechęcać do kijowskich władz. Na wschodzie bowiem, jak już wspomniano, ukraińska tożsamość istnieje, nawet, jeśli nie mówi się tam po ukraińsku.

Galicyjski pisarz Jurij Andruchowycz, opowiadał podczas przeprowadzanego przez mnie wywiadu, o swoim zdziwieniu faktem, że jego wschodnioukraińscy czytelnicy manifestują swój związek z państwem ukraińskim. Andruchowycz, niegdyś mogący uchodzić za bardzo prozachodniego „hałyczynocentryka” z lekkimi, wyczuwalnymi w  niektórych jego esejach tendencjami autonomistycznymi, zmienił obecnie kurs. Interesuje go Ukraina jako jedność, i tylko w takiej formie domaga się jej integracji z zachodnimi strukturami. - Ukraina – mówi – to wyzwanie, lecz warto je podjąć.

Inny zachodnioukraiński publicysta, lwowski historyk, prof. Jarosław Hrycak twierdzi, że Ukraina znajduje się w sytuacji bardzo specyficznej. Na tegorocznym spotkaniu z polskimi czytelnikami w Krakowie wywodził, że porównywanie Ukrainy z Polską mogłoby być tylko wtedy uzasadnione, gdybyśmy mówili o Polsce międzywojennej. Według niego poszukiwanie przez podzieloną Ukrainę wspólnej tożsamości przypominać może polskie scalanie trzech dzielnic rozbiorowych.

Poza wschodem i zachodem jednak mamy na Ukrainie do czynienia bowiem z całą gamą regionalnych kolorów.

Krym

Największym, jak się wydaje, punktem zapalnym jest oddany Ukraińcom przez Nikitę Chruszczowa Krym. Jest to silnie osadzony w rosyjskiej kulturze i historii region, który do państwa ukraińskiego podchodzi niechętnie. Powracający na Krym Tatarzy, wysiedleni po II wojnie światowej przez Stalina, dodają do kwestii krymskiej własne trzy grosze. Rosyjska Flota Czarnomorska stacjonująca w Sewastopolu jest wyłączona spod ukraińskiej jurysdykcji i stanowi – po prostu – część Rosji. W samym Sewastopolu bardzo często podkreśla się rosyjskość: na budynkach wiszą rosyjskie flagi, na samochodach naklejane są nalepki w rosyjskich kolorach, odbywają się prorosyjskie i antyukraińskie manifestacje. Krym ma status autonomiczny, ale dla wielu jego mieszkańców to za mało. Fakt, że Rosja wspiera lokalne prorosyjskie sentymenty niespecjalnie przejmując się ukrywaniem tego faktu, sprawia, że wielu obserwatorów upatruje w półwyspie potencjalnego źródła rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. „Krym może być drugą Osetią” – pisał rok temu Luke Harding w „Guardianie”.
 
Image
Obchody 1 maja w Sewastopolu (fot. mpietruszewski)
Odessa

Ukraińcy lubią porównywać rosyjskojęzyczną Odessę do niemieckojęzycznego przedwojennego Gdańska, do którego Rzeczpospolita rościła sobie prawa mimo jego ewidentnej przynależności etnicznej. Można jednak powiedzieć, że Odessa – wybudowana przez imperium rosyjskie - jedynie leży na Ukrainie. W mieście, którego mieszkańcy często nie rozumieją własnego prezydenta i premiera (choć Julia Tymoszenko nauczyła się języka ukraińskiego już jako dorosła kobieta), ukraińskie oficjalne napisy i nazwy ulic robią wrażenie bardzo sztucznego, wręcz desperackiego podkreślania przynależności państwowej regionu. Tutaj również działają silne środowiska pielęgnujące rosyjską, a w najlepszym dla Ukrainy wypadku kosmopolityczną tożsamość miasta.
 
Budziak

Ukraiński Budziak niech posłuży za przykład regionu, w którym – po prostu – po upadku tożsamości radzieckiej powstała tożsamościowa próżnia. Ten region, którego spora część należała przed II wojną światową do Rumunii, zasiedlany był w czasach radzieckich przez przybyszów z całego prawie ZSRR. Mówi się tutaj po rosyjsku, jednak mieszkańcy Białogrodu nad Dniestrem (dawnego Akermanu) czy Izmaiła bardzo często mają problemy z określeniem swojej tożsamości. W miejscu, w którym mieszkaniec Polski, Rumunii, Niemiec czy choćby Zachodniej Ukrainy z miejsca określiłby się jako – odpowiednio – Polak, Rumun, Niemiec czy Ukrainiec, mieszkaniec Budziaku wystąpi z wyliczanką: „mój ojciec pochodził z Mińska na Białorusi, matka była Polką, dziadek – Rosjaninem, a babka – Litwinką”.

I choć z powodu oddalenia od rosyjskiej granicy obszar ten nie podlega tak silnym wpływom rosyjskim, jak np. wschód Ukrainy, to jednak Kijów ma duże problemy z zagospodarowaniem tej „osieroconej” tożsamości.

Zakarpacie

Image
Ukraińskie zakarpacie (fot. mpietruszewski)
Zakarpacie to ciekawy przykład regionu, na który nakłada się kilka różnych tożsamości, z których żadna nie wydaje się być zwycięska. Region ten – położony z perspektywy Ukrainy z Karpatami – do II wojny światowej należał do Czechosłowacji, a do I wojny – do Węgier. Dawniej zamieszkany głównie przez karpackich Rusinów nigdy (oprócz krótkiego epizodu w czasach Rusi Kijowskiej), nigdy nie należał do Rosji czy Ukrainy w jakiejkolwiek ich emanacjach. Naród rusiński, który dopiero teraz zaczyna domagać się niezależności, nie stanowi już na własnym terytorium (a Rusini, przypomnijmy, zamieszkują również południową Polskę aż po okolice Krynicy) większości. Wielu mieszkańców Zakarpacia czuje się Ukraińcami, sporo określa się jako Węgrzy, ale wielu spytanych o narodowość powtarza budziacką mantrę: „matka była Tatarką, ojciec Rosjaninem spod Tuły…”. Niepodległościowe organizacje rusińskie mają – przede wszystkim – problemy ze zgromadzeniem istotnej ilości zwolenników.

Co dalej?

Rosja destabilizuje Ukrainę. Wspiera wiele separatystycznych ruchów na jej terenie, istnieją podejrzenia, że wspiera nawet niektóre nurty – prozachodnich zazwyczaj – separatystów zakarpackich. Istnieje wiele apokaliptycznych analiz zapowiadających rychły rozpad tak zregionalizowanej Ukrainy na części, przy czym część rosyjskojęzyczna miałaby zostać włączona do Rosji. Historycy i politolodzy przypominają, jak istotne dla Rosji (strategicznie i gospodarczo) są ukraińskie tereny. Obecne rosyjskie władze podsycają atmosferę napięcia, wspominając czasem o rosyjsko-ukraińskich stosunkach w kontekście „wewnętrznych problemów Wielkorusi i Małorusi” (Putin w maju 2009 r. na grobie Denikina), czy stwierdzając wręcz, że „Ukraina nie istnieje” (Putin na posiedzeniu rady Rosja-NATO w Bukareszcie w kwietniu 2008 roku). Do tego Moskwa prowadzi z obecnymi władzami Ukrainy coś w rodzaju zimnej wojny, której jedną z odsłon są spory o gaz. Włoskie czasopismo „Limes” zajmujące się sprawami międzynarodowymi nakreśliło nawet mapę przyszłych terenów Ukrainy po rozpadzie tego państwa.
Image
Pominik przyjaźni narodów (fot. mpietruszewski)
 
Czy dni Ukrainy są policzone? Jak przypomina Jarosław Hrycak – koniec Ukrainy wieszczono już w ciągu ostatnich dwudziestu lat tyle razy, że wydaje się cudem, że nadal istnieje jako państwo – a jednak istnieje. Ukraina jest specyficznym państwem, rozciągniętym w szpagacie pomiędzy popieraną na wschodzie Rosją a mitologizowaną na zachodzie Unią Europejską (która jednak boi się Ukrainy i unika jak ognia jakichkolwiek gestów obiecujących Ukrainie członkostwo w swoich strukturach).  Jest – jak na warunki europejskie – kolosem, którym niełatwo administrować i kierować. Przechodzi przez kryzys, który porządnie wytrząsł ukraińską gospodarką, i bez tego nietęgą. Jest w złych relacjach z Rosją. Ma złą infrastrukturę. Wielu analityków nie wróży jej najlepszej przyszłości. Można powiedzieć, że jest zbieraniną ziem, których jedność  najlepiej wygląda wyłącznie na mapach historycznych.

Ale – jak mówi brodaty dowcip – bąk, który według obliczeń naukowców, nie powinien latać – nie wie o tym i lata w najlepsze. Ukraina, mimo wewnętrznych sporów, mimo zewnętrznych nacisków – nie rozpada się. Poza kilkoma regionami – jak np. Krym – nie istnieją tu póki co poważniejsze ruchy separatystyczne, które mogłyby w sposób istotny zagrozić funkcjonowaniu państwa. Mimo różnicy zdań – nie widać na mapie Ukrainy pęknięć tak głębokich, jak choćby w Belgii czy choćby w Wielkiej Brytanii. I być może właśnie ten prosty fakt, że Ukraina – mimo tych wszystkich czarnych okoliczności – trzyma się w kupie i nie rozlatuje na kawałki, świadczy o sile tego państwa.