26 styczeń 2012
ACTA, ACTA, ACTA. Włączam telewizor – ACTA. Otwieram gazetę – ACTA. Wychodzę na ulice i...tak, wszędzie słyszę o ACTA. Boję się zajrzeć do lodówki. Kolejny nośny temat. Była katastrofa, smoleńska, była awantura refundacyjna, jest i ACTA. Od niemal tygodnia nie mówi się o niczym innym. Protestujące serwisy, blackouty, demonstracje. A czy ktokolwiek, naprawdę całe to porozumienie przeczytał?
Zacznijmy od tego, że ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement to zwykła umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi. Polskiego prawa ta umowa nie zmieni. Pozwoli za to, zintensyfikować współpracę międzynarodową pomiędzy sygnatariuszami, w celu zwiększenia skuteczności zwalczania nielegalnego obrotu nieoryginalnymi kopiami, falsyfikatami, czy pirackimi kopiami. Osobiście jestem zwolennikiem zwalczania podróbek w każdej branży – czy to odzieżowej, czy medycznej, czy kosmetycznej. Jestem też zwolennikiem ochrony własności intelektualnej, praw autorskich i praw pokrewnych. Tak, popieram ACTA.
Warto przypomnieć od czego protesty się zaczęły. 19 lutego 2012 Departament Sprawiedliwości zamknął serwis Megaupload.pl. Serwis, na którym zamieszczano setki tysięcy nielegalnych utworów muzycznych, filmów, programów. W internecie zapanowała panika. Filmiki, w których lansowano tezy, jakoby ACTA miała doprowadzić do zamknięcia Facebook'a, Youtube'a, a nawet Wikipedii zalały portale społecznościowe i stały się głównym źródłem informacji. Oczywiście do niczego takiego nie dojdzie. W porozumieniu nie ma żadnych, najmniejszych zapisów, które mogłyby grozić takimi konsekwencjami. Problem w tym, że dzisiaj umów międzynarodowych nikt nie czyta. Znacznie łatwiej jest przecież obejrzeć krótki spot.
Histeria internautów doprowadziła do dziecinnych ataków hakerskich na strony rządowe i demonstracji w wielu polskich miastach. Demonstracji, w których dominują ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Nie będzie przesadzoną konstatacja, że to "najmłodsze" protesty jakie dotąd widzieliśmy. Nowe pokolenie.
Pokolenie, które można określić jako "Generacja DD". Daj Darmo. Pokolenie roszczeniowe, które uważa, że wszystko mu się należy. Generacja, która głosi, że dzieła naukowe czy muzyczne są jedynie od tego, aby wzbogacać naukę i kulturę i nie jest stosownym pobieranie opłat za korzystanie z ich dobrodziejstw. Szkoda tylko, że nie myśli o tym ile stworzenie takich utworów kosztuje. Szkoda, że nie myśli o tym, że twórcy i artyści też z czegoś muszą żyć. Szacuje się, że polski rynek piractwa internetowego to ponad pół miliarda dolarów. Pół miliarda, które powinno trafić do kieszeni twórców, ale nie trafiło. Zostało ukradzione. Dla "Generacji DD" ściąganie nielegalnych programów, filmów, czy muzyki kradzieżą jednak nie jest. Pewnie dlatego, że sami z tworzeniem nic wspólnego nie mają. Oni tylko biorą – biorą za darmo. O tempora, o mores! Słaby jest kręgosłup moralny tego pokolenia. To nie ACTA jest zagrożeniem. To myślenie - "daj, bo mi się należy".