Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Roman Przasnyski: Złota recepta dla świata


16 listopad 2010
A A A
Świat finansów oderwał się od realnej gospodarki tak dalece, że tradycyjne metody jego regulowania okazują się zupełnie nieskuteczne.

O złocie mówi się bardzo dużo, głównie w związku z kolejnymi rekordami notowań. Ostatnio głośno zrobiło się o nim w innym kontekście. Miałoby ono znów stać się podstawą finansowego ładu na świecie. Do tej pory tego typu pomysły brzmiały jak financial fiction. Do czasu, gdy niedawno do poważnego rozważenia powrotu do złotego standardu zachęcił Robert Zoellick, prezes Banku Światowego.

Nieoczekiwane stwierdzenie Roberta Zoellicka o tym, że warto całkiem poważnie zastanowić się nad jakąś formą powrotu do złota, jako punktu odniesienia, czy raczej „podparcia”, podobnie, jak miało to miejsce w przeszłości, pojawiło się w całkiem nieprzypadkowym momencie. Bezpośrednio odnosiło się ono do bardzo gorącej ostatnio kwestii walutowej wojny. Ale tak naprawdę, zdaje się za nim stać przesłanie, mówiące o konieczności zastanowienia się nad ustaleniem nowego porządku finansowego świata, który już jakiś czas temu zupełnie oderwał się od jakiejkolwiek gospodarczej rzeczywistości. Przecież zjawisko, które określamy mianem wojny walutowej, świadczy o wkraczaniu globalnego kryzysu finansowego w kolejną fazę. Być może najbardziej niebezpieczną, o największym zasięgu i najpoważniejszych skutkach. W fazę, w której napięcia przenoszą się na najwyższy, międzynarodowy, w pełni globalny poziom. Poziom najwyższy. I pewnie najwyższy już czas, by po trzech latach od jego „narodzin”, poważnie porozmawiać na temat wprowadzenia mechanizmów, które spowodują, że finansowy świat będzie kręcił się jak należy, a nie wirował bez opamiętania własnym rytmem.

Kryzys, część piąta

By dostrzec naturę, specyfikę oraz skalę kryzysu, z którym mamy obecnie do czynienia, nie ma potrzeby sięgania ani do historycznych analogii, ani akademickich rozważań. Wystarczy obserwować, jak się uwidocznił i w jaki sposób się rozwija. On sam zdaje się mówić nam o sobie bardzo wiele.

Zaczęło się dość niewinnie i raczej lokalnie. Spadek cen nieruchomości w Stanach Zjednoczonych i narastające kłopoty ze spłatą kredytów przez tych, którzy nigdy nie powinni ich dostać, uruchamiają lawinę i ujawniają coraz bardziej, na jak kruchych podstawach budowany był trwający ładnych kilka lat boom.

Faza pierwsza to amerykański rynek nieruchomości. Staje się jasne, że to co się na nim stało, było możliwe dzięki agresywnej polityce kredytowej banków. I one, jako drugie w kolejności, doświadczyły działania stworzonego przez siebie mechanizmu.

W tej drugiej fazie kryzysu mieliśmy okazję obserwować w najbardziej spektakularny sposób, jak działał świat instytucji finansowych i jak mocno ten świat jest zglobalizowany. Żadna inna epidemia nie rozprzestrzeniała się po świecie tak szybko i skutecznie, jak zaraza niczym niepohamowanego ryzyka i osiągania zysku za wszelką cenę. W tej fazie wydawało się, że kryzys nie wyjdzie poza sferę finansów i że da się go opanować ratując banki bądź uwalniając od toksycznych aktywów, bądź zasilając pieniędzmi.

Choć sięgnięto po broń zupełnie niekonwencjonalną, taką jak ignorowanie rynkowej wyceny aktywów, znajdujących się w bilansach banków oraz przejmowanie przez państwo kontroli nad prywatnym bankami w kraju, który stanowił ikonę wolnej gospodarki i prywatnej własności, ostatecznie niezbędna okazała się dostawa potężnych ilości pieniędzy. To pomogło większości banków przetrwać, ale nie ożywiło sparaliżowanego rynku kredytowego. Firmy, pozbawione niemal zupełnie możliwości finansowania zewnętrznego, zaczęły błyskawicznie popadać w kłopoty. Załamał się także popyt konsumpcyjny. W trzeciej fazie kryzys finansowy uderzył więc w całkiem realną gospodarkę na szczeblu mikro.

Nie trzeba było zbyt długo czekać, by ujrzeć, jak w czwartej odsłonie, kryzys ujawnia się na poziomie całych gospodarek poszczególnych państw. Na pierwszy ogień poszły te najsłabsze i najbardziej finansowo niezdyscyplinowane. Te największe cierpią podobnie, jednak są zbyt duże, by upaść i pożyczono im zbyt dużo pieniędzy, by dopuścić do ich bankructwa.

To, co obserwujemy obecnie, czyli wojnę walutową i zaczątki wojen handlowych, wskazuje najwyraźniej, że kryzys wchodzi w fazę piątą, w której o przetrwanie będą walczyć ze sobą gospodarki poszczególnych państw. I choć już wcześniej zdawano sobie sprawę, że podstawową przyczyną i źródłem kryzysu nie jest bezmyślność i pazerność banków komercyjnych, lecz polityka banków centralnych, z amerykańskim na czele, to teraz jest to widoczne w jeszcze bardziej jaskrawy sposób.

Puszczenie dolarów, zamiast krwi

Świat finansów oderwał się od realnej gospodarki tak dalece, że tradycyjne metody jego regulowania okazują się zupełnie nieskuteczne. Zaledwie kilka procent obrotów na rynkach walutowych ma związek z jakimikolwiek rzeczywistymi, związanymi z wymianą handlową transakcjami. Obroty na rynkach instrumentów pochodnych kilkusetkrotnie przewyższają wielkość handlu aktywami, na które opiewają. Ilościowe luzowanie lub zaciskanie polityki pieniężnej, oddziałuje całkiem wyraźnie na rynek finansowy, ale na gospodarkę przekłada się w stopniu minimalnym i z dużym opóźnieniem.

Efektywność tego typu stymulacji jest znikoma. Gdyby porównać ją do efektywności sieci ciepłowniczych, można by śmiało powiedzieć, że zdecydowana większość pary, czyli pieniędzy, idzie w „powietrze”, czyli na rynek finansowy. Tylko niewielka część trafia poprzez bankowy kredyt, do firm i konsumentów. Finansowy świat oderwał się od rzeczywistości, a w ślad za nim poszły regulacje, mające go okiełznać. Coraz bardziej wyraźna zaczęła się stawać konieczność szukania bardziej radykalnych, choć nie całkiem nowatorskich rozwiązań. I właśnie takie cechy zdaje się mieć propozycja Zoellicka, nawołującego do zastanowienia się nad powrotem do złotego standardu. Analogia do internetowego szaleństwa, skutkującego powstaniem nowej ekonomii i późniejszy bolesny powrót do klasyki, staje się aż nadto widoczna. Problem w tym, by teraz wykonać robotę solidnie i do końca. Trzeciej fazy luzowania polityki pieniężnej świat może już nie wytrzymać. Nie mówiąc o narastającym w zawrotnym tempie zadłużeniu, nadmiar pieniądza coraz bardziej zatruwa system globalnej gospodarki, zamiast usprawniać jego działanie. Jeśli ten mechanizm nie ulegnie zmianie, wkrótce jedyną terapią może okazać się upuszczanie krwi, czyli drastyczne oszczędności, administracyjne ograniczenia i sterylizacja zbędnego i mało użytecznego pieniądza.

Powrót do złota niewykluczony

Gigantyczny, trwający od dziesięciu lat wzrost cen złota jest ewidentnym dowodem na to, że w finansowym świecie coś dzieje się nie tak. Nie jest też przypadkiem, że ta złota hossa rozpoczęła się niemal dokładnie w tym samym momencie, w którym Fed radykalnie zwiększył agresywność swej polityki pieniężnej. Zalewanie Ameryki i świata ogromną ilością taniego pieniądza osiąga właśnie swoje apogeum. Klasyczny instrument polityki pieniężnej, czyli stopy procentowe są w największych gospodarkach świata (Stany Zjednoczone, Japonia) zerowe, a w wielu innych bliskie zera i to już na poziomie nominalnym, a nie realnym. Trzeba było sięgnąć po dawno już zapomniany mechanizm dodruku pieniądza, obecnie elegancko zwany ilościowym luzowaniem. To jednak wciąż sięganie po to samo lekarstwo, które było źródłem wszelkich kłopotów i przyczyną większości kryzysów oraz jednym z głównych powodów obecnej nierównowagi w światowej gospodarce.

Powodem zaostrzenia się wojny walutowej i zagrożenia wojnami handlowymi jest z jednej strony to, że część państw, przede wszystkim europejskich, zdała sobie sprawę, że drukowanie pieniędzy i zwiększanie zadłużenia jest drogą do nikąd, z drugiej zaś narastająca nierównowaga między oszczędzającą Azją a rozrzutną i żyjącą na kredyt Ameryką. Istnienie tych frontów grozi długotrwałą i wyniszczającą wojną pozycyjną, bo nie zanosi się, by Europa poszła śladem Stanów Zjednoczonych (za wyjątkiem Wielkiej Brytanii), zaś Chiny uwolniły juana, przejadły nadwyżkę handlową i przepiły gigantyczne rezerwy walutowe, a Chińczycy rzucili się do kupowania amerykańskich i japońskich aut w tempie znacznie większym, niż czynią to do tej pory.

Wszelkie próby przywracania światu równowagi metodami administracyjnymi, wydają się skazane na niepowodzenie. Po pierwsze, z powodów merytorycznych, czyli braku zgody, wobec zróżnicowanych interesów i polityk różnych krajów, czy nawet regionów świata, po drugie ze względów technicznych. Wystarczy przywołać ciągnące się od prawie dziesięciu lat negocjacje handlowe, prowadzone w ramach Światowej Organizacji Handlu, znane jako runda z Doha (poprzednia runda rozmów, zwana urugwajską, trwała równie długo). Nawet gdyby do jakiegoś kompromisu doszło, niezwykle trudne byłoby praktyczne zastosowanie i utrzymanie administracyjnych metod sterowania tą równowagą. Przykładów nie brakuje, jak choćby kryteria z Maastricht, które niełatwo było utrzymać nawet w czasach sprzed kryzysu.

Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się zastosowanie rozwiązań administracyjno-rynkowych i to takich, co do których sądzono, że są bardzo mało prawdopodobne. Jednym z nich jest utworzenie nowej, ogólnoświatowej waluty, drugą zaś przywrócenie roli złota, jako miernika wartości i regulatora ekspansji pieniężnej państw. W praktyce dość prawdopodobny wydaje się wariant mieszany, w którym do celów rozliczeń międzynarodowych służyłby „sztuczny pieniądz”, powiązany ze złotem. Z istnieniem tego typu rozliczeniowego pieniądza są już spore doświadczenia, poczynając od ECU, poprzednika euro, po działające jeszcze dziś w ograniczonej formie SDR-y (specjalne prawa ciągnienia), emitowane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Gdyby do tego doszło, można by, wzorem popularnego już powiedzonka, że miedź ma doktorat z ekonomii, ukuć nowe, mówiące, że złoto jest profesorem finansów.