Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Filip Topolewski: Pojękiwania z lewej strony peletonu


02 kwiecień 2004
A A A
Ostatnio pod adresem państw kandydackich z Europy Środkowo – Wschodniej, a w szczególności Polski i polskiego rządu, posypały się narzekania, a nawet groźby ze strony europejskiej lewicy. Mowa o wypowiedzi premiera Szwecji Gorana Perssona, w której wyraził wątpliwość, czy słuszne jest przekazywanie Polsce pieniędzy w ramach funduszy strukturalnych, gdy utrzymuje ona tak niskie (!?) podatki od dochodów osobistych. Podobne rozważania zaprzątają głowę kanclerzowi Niemiec Gerhardowi Schroderowi, który sugeruje zrewidowanie wysokości stawek podatku od przedsiębiorstw tłumacząc, iż nie jest zasadne by europejski podatnik finansował Polsce infrastrukturę, podczas gdy w kraju nad Wisłą obniża się przedsiębiorcom podatki.

Tylko pozornie wypowiedzi obu panów mogą zaskakiwać swoim podobieństwem. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by spostrzec, iż obaj panowie stoją na czele socjaldemokratycznych rządów, obaj panowie mają do czynienia z postępującym procesem spadku konkurencyjności międzynarodowej ich krajów i zdają sobie sprawę z nieuchronności koniecznych zmian. Jednakże dostrzegają oni jak trudno będzie zmienić narosły przez lata system i dostosować gospodarki och państw do zmieniającej się gospodarki światowej i poszerzonej Unii Europejskiej.

Geneza problemów Szwecji i Niemiec jest jednak inna. Trzydzieści niemalże nieprzerwanych lat rządów wszelkiej maści partii lewicowych skutecznie wymazało z powszechnej świadomości fakt, iż Szwecja była kiedyś potęgą gospodarczą, jednym z najbogatszych i najnowocześniejszych państw w Europie. Dzisiaj Szwedzi z zazdrością zerkają na sąsiednią Finlandię, jeszcze do niedawna najbiedniejsze z państw skandynawskich. Rozbudowany system zabezpieczeń socjalnych przestał już być szwedzką chlubą narodową, a wiele wskazuje na to, że niezmieniony – stanie się przekleństwem. Oparty na umowie międzypokoleniowej system funkcjonował do czasu, gdy w ramach zjednoczonej Europy bogatsi Szwedzi zaczęli uciekać przed wysokimi podatkami za granicę, w ślad za nimi ruszyły szwedzkie firmy, przenosząc swoją produkcję tam gdzie koszty pracy i prowadzenia przedsiębiorstwa były niższe. W zamian Szwedzi doświadczyli napływu obywateli państw UE chcących korzystać z luksusowego systemu świadczeń socjalnych, np. ochrony zdrowia. W efekcie wpływy malały, a wydatki rosły.

Sytuacja w Niemczech zaczęła się psuć od początku istnienia państwa niemieckiego w jego obecnym kształcie. Ciężar problemów byłego NRD stał się zbyt duży dla prężnej gospodarki RFN. Skrojony na miarę bogatego społeczeństwa jednej z najprężniejszych gospodarek świata system socjalny zaczął pękać w szwach po wchłonięciu postkomunistycznej gospodarki NRD odznaczającej się przerośniętym przemysłem ciężkim, niedorozwojem usług, niską wydajnością i przestarzałą technologią, czyli tymi cechami, które nie stanowią novum dla polskojęzycznego czytelnika. Okazało się, że Niemcy nie są w stanie na dłuższą metę utrzymać poziomu świadczeń socjalnych sprzed 1989 r.

Zarówno Niemcy, jak i Szwecja stanęły przed widmem spadającej konkurencyjności narodowych gospodarek. Fakt ten, sam w sobie, nie byłby taki straszny, gdyby nie, właśnie, państwa Europy Środkowo – Wschodniej. Odznaczające się znacznie niższymi kosztami pracy, znacznie niższym poziomem świadczeń socjalnych i w miarę normalnym poziomem opodatkowania mogą stanowić dla państw UE poważną konkurencję. Żaden polityk nie lubi podejmować niepopularnych decyzji. Z całą pewnością łatwiej byłoby obu premierom gdyby wstępujące do UE państwa postkomunistyczne same obniżyły swoją konkurencyjność. Znamiona takich pobożnych życzeń noszą wypowiedzi obu panów. W zasadzie sprowadzają się one do postulatu by szybciej biegnącym sprinterom ustawić płotki, tak by ci z tyłu mogli ich dogonić i biec razem w jednej wspólnej europejskiej rodzinie. Dziwi tylko, że takie głosy podnoszą się dopiero teraz po tym jak przeciętny Irlandczyk przez wiele lat otrzymywał z kieszeni przeciętnego Niemca i Szweda tysiące euro, zachowując przy tym rekordowo niskie w skali europejskiej podatki. Jednak teraz sprinter z Irlandii jest już tak daleko z przodu, że nawet nie słyszy utyskiwań dochodzących z głębi peletonu.