Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Europa Niemcy/ Dobre i złe wybory

Niemcy/ Dobre i złe wybory


25 sierpień 2005
A A A
Cała niemiecka scena polityczna odetchnęła z ulgą po pozytywnym wyroku Bundesverfassungsgericht (Federalnego Trybunału Konstytucyjnego) dotyczącym legalności przeprowadzenia przyspieszonych wyborów parlamentarnych.
Czy aby na pewno cała? Oficjalnie tak, jednak niezbyt odosobnioną opinię prezentuje sędzia Trybunału - Hans-Joachim Jentsch utrzymując, że takie rozwiązanie wskazuje na słabość niemieckiego parlamentu. Podobnego zdania są deputowani zarówno z partii tworzących koalicję, jak i opozycyjnych.

Niektórzy politycy, jak Werner Schulz z Partii Zielonych, podkreślają, że orzeczenie to daje szersze niż oczekiwano kompetencje kanclerzowi. Może on teraz rozwiązać parlament, natomiast samym deputowanym takie prawo nie przysługuje. Oznacza to, że w razie konfliktu szefa rządu z którąś z izb, wzajemnej nieufności, czy też zaledwie przewidywanych problemów ma on możliwość likwidacji nieprzychylnego sobie gremium. Ta nowa forma demokracji kanclerskiej może pociągnąć za sobą niekorzystne skutki.

Przedstawiciele innych partii, tak jak posłanka SPD Kelena Hoffnann, wypowiadają się ostrożniej. Teoretycznie nie obawiają się nadmiernej dominacji kanclerza, są jednak rozczarowani klęską demokracji parlamentarnej i zdecydowanym wzmocnieniem pozycji szefa rządu. Nie tego oczekiwali po wyroku Trybunału.

Nawet członkowie tej szacownej instytucji prezentują postawę krytyczną wobec podjętej decyzji. Sędzia Hans-Joachim Jentsch jako jedyny spośród ośmiu sędziów wchodzących w skład Drugiego Senatu głosował przeciwko przyspieszonym wyborom parlamentarnym. Nie przekonały go argumenty prezentowane przez kanclerza Gerharda Schrödera (SPD). Twierdzi on, że był to element gry politycznej, wewnątrzpartyjnej demokracji. Dodatkowo podkreśla, że Ustawa Zasadnicza (Das Grundgesetz) nie przewiduje instytucji "konstruktywnego wotum nieufności" kanclerza wobec parlamentu. Dlatego właśnie twierdzi on, że taki wynik większościowego głosowania sędziów Trybunału osłabia pozycję Bundestagu. Nowe wybory określa jako "niezgodne z prawem", ponieważ takie rozwiązanie pozwala przyszłym kanclerzom na przeforsowanie swojej polityki nie zważając na podziały partyjne.

W ten sposób kanclerz zyskał szerokie pole manewru. W odpowiedzi pojawiają się głosy postulujące wyposażenie samego parlamentu w podobne prerogatywy. Jednak sędzia Jentsch utrzymuje, ze takie poszerzenie władzy byłoby niezgodne z konstytucją uzasadniając, że jeśli rzeczywiście sama opinia i ocena sytuacji wyrażana przez kanclerza byłaby miarodajna, pewne kompetencje Trybunału Konstytucyjnego i prezydenta byłyby całkowicie zbędne. Zauważa on także, że podczas kończącej się właśnie kadencji decyzje parlamentu były z reguły zgodne z pozycją rządu, a więc przede wszystkim kanclerza. Tak udało się przeforsować niektóre ustawy z pakietu Agenda 2010.

Prawnicy także wypowiadają się na temat tego orzeczenia dość krytycznie. Wprawdzie przeważają opinie popierające je, jednakże krytykuje się sam sposób przeprowadzenia głosowania. Większość, a nie jednomyślność może być przejawem destabilizacji oraz symulacji, a nie prawdziwych decyzji.

W niemieckiej polityce istnieją teraz dwie prawdy. Tę drugą wyznają przede wszystkim liczący się na arenie politycznej przedstawiciele ustępującego rządu oraz opozycji. Kanclerz Schröder utrzymuje, że taki rezultat nie ogranicza wcale kompetencji ani prezydenta Horsta Köhlera, ani tym bardziej samego Trybunału. Wszystko zatem wskazuje na to, że już 18 września Niemcy pójdą do urn. "To od początku było moim celem" - oświadczył Schröder dodając, że głównie chodziło mu o potwierdzenie właściwości jego reformatorskich przedsięwzięć. Kanclerz zaprezentował swoją wizję: nowe działanie od środka, nowe działanie na zewnątrz - wszystko to wymaga odnowionego mandatu. Także minister spraw wewnętrznych - Otto Schily (SPD) jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Według niego wyrok jest przemyślany i wiarygodny dzięki kilkustopniowemu procesowi decyzyjnemu.


Członkowie opozycyjnej CDU również nie kryją satysfakcji. Dzięki "jasnej decyzji" Trybunału mają duże szanse na przejęcie władzy w RFN. Brak jednomyślności przy ustalaniu wyroku określili jako nadużycie wolności i niezawisłości przysługujących sędziemu. Uzyskanie takiej większości (7 do 1) pozwoliło uniknąć przedłużających się debat i dyskusji, sprawa została definitywnie zakończona. Według szefa CSU - Edmunda Stoibera nadszedł "dzięki Bogu" czas na konieczną wymianę ekipy rządowej. W podobnym tonie wypowiada się minister spraw zagranicznych Joschka Fischer (Zieloni).

Po orzeczeniu Trybunału prezydent Köhler oficjalnie zarządził przyspieszone wybory.

Teraz wszystko w rękach wyborców - to oni muszą podjąć ostateczną decyzję. "To jest ich prawo i dlatego każdy powinien z niego skorzystać" - mówił prezydent w Hannowerze.

Federalny Trybunał Konstytucyjny odrzucił wszelkie zarzuty prezentowane przez deputowanych Schulza i Hoffmann, poparł wcześniejsze rozwiązanie parlamentu i tym samym otworzył drogę do nowych wyborów.

/www.spiegel.de/