Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Leszek Sykulski: Geopolityczne mity polskiej polityki zagranicznej


16 grudzień 2010
A A A
To nie położenie geograficzne „między Niemcami i Rosją” jest zagrożeniem dla Polski, lecz nieodpowiedzialna, egzaltowana polska polityka, żywiąca się swojskim „chciejstwem” i narodowymi mitami.

3 grudnia 2010 r. znany amerykański ośrodek analityczny STRATFOR zamieścił na swojej stronie internetowej kolejny – siódmy już – esej autorstwa dra Georga Friedmana z cyklu Geopolitical Journey with George Friedman. Tym razem na celowniku pióra szefa amerykańskiego think-tanku znalazła się Polska. Nie miejsce to, aby szerzej przybliżać Czytelnikom postać Friedmana i sam ośrodek analityczny, którym kieruje. Warto tylko podkreślić, iż STRATFOR określa się sam jako prywatny ośrodek, specjalizujący się w globalnym wywiadzie (global intelligence). Jest tajemnicą poliszynela, iż polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych jest aktywnie wspierana przez prywatne fundacje, stowarzyszenia czy też przedsiębiorstwa. Ich rolą jest oddziaływanie na opinię publiczną oraz elity polityczne i intelektualne sojuszników, potencjalnych sojuszników, a także oczywiście wrogów USA. Instytucje te służą jako instrument „miękkiego nacisku” i wykorzystywane są powszechnie w prowadzeniu wojny informacyjnej, czy też bardziej precyzyjnie – wojny sieciowej.
Pojęcie „wojna sieciowa” (netwar) zostało wymyślone i upowszechnione przez Johna Arquillę i Davida Ronfeldta, analityków innego potężnego amerykańskiego think-tanku – RAND Corporation. Ogólnie rzecz ujmując, odnosi się ono do konfliktów o niskim stopniu nasilenia, gdzie głównym orężem jest informacja, a właściwie stopień jej upowszechnienia. W wojnie sieciowej chodzi o zdobycie przewagi w warstwie informacyjnej w taki sposób, aby w dowolny sposób kształtować tzw. globalną opinię publiczną. Aby to osiągnąć, należy doprowadzić do stworzenia efektu sieci, który pozwala na upowszechnianie danego przekazu zgodnie z „prawem kuli śnieżnej”. Ten sposób prowadzi rzecz jasna do utraty kontroli nad zapoczątkowanym przekazem, ale jego celem jest nie tyle upowszechnienie danego stanowiska, lecz zrelatywizowanie jednego dominującego punktu widzenia. Chodzi o doprowadzenie do aprobaty społecznej i politycznej istnienia określonych stanowisk, bądź do zakwestionowania prawa do ich egzystencji. Wojna sieciowa nierozerwalnie związana jest z rewolucją informacyjną i często występuje równolegle do tradycyjnych konfliktów zbrojnych. Przykładem są wojny USA i ich sojuszników z Irakiem, Jugosławią czy Afganistanem. Waszyngton poprzez potężne struktury państwowe i pozapaństwowe oraz globalne powiązania informacyjne doprowadził do swoistej „sieciowej legitymizacji” swojej ekspansjonistycznej polityki, dzięki przekazowi ukazującemu USA jako „gwaranta światowego pokoju” i „obrońcy przed globalnym terroryzmem”. Główną meta-metodą prowadzenia wojny sieciowej jest szeroko rozumiana manipulacja.

Współczesną geopolitykę dzieli się często na geopolitykę formalną (akademicką, teoretyczną), geopolitykę praktyczną oraz geopolitykę popularną. Pierwsza jest domeną środowisk intelektualnych i koncentruje się na naukowych podstawach uprawiania tej dyscypliny. Geopolityka praktyczna to wytwór działalności elit politycznych, dyplomacji i całego aparatu przynależnego państwu i organizacjom międzynarodowym. I wreszcie geopolityka popularna, czyli nic innego jak rozpowszechniane przez środki masowego przekazu i kulturę masową wyobrażeń dotyczących przestrzeni politycznej. W tym obszarze mamy do czynienia z tzw. kodami geopolitycznymi, czyli swego rodzaju „mentalną mapą”, na której wyszczególnia się sojuszników i przeciwników, kształtuje się wyobrażenia dotyczące granic (niekoniecznie tych rzeczywistych, a często tych pożądanych), słowem tworzy się polityczną tożsamość. Kody geopolityczne jako podstawowy oręż geopolityki popularnej są z powodzeniem stosowanym narzędziem w wojnie sieciowej, czego doskonałym przykładem jest polityka zagraniczna i wewnętrzna Stanów Zjednoczonych.

„Polacy nie są zorganizowanym narodem, wobec czego znaczy u nich więcej nastrój aniżeli rozumowanie i argumenty; sztuką rządzenia Polakami jest zatem wzniecanie odpowiednich nastrojów”. Istotę powyższych słów, wypowiedzianych ongiś przez Józefa Piłsudskiego, doskonale przyswoił sobie George Friedman. Swój wywód rozpoczął bowiem od pięknie brzmiącego dla Polaków porównania, iż „nie można zrozumieć Polski, bez zrozumienia Chopina”. Dalej porównanie to stało się tłem, swego rodzaju emocjonalną osnową dla argumentacji i najważniejszego wniosku płynącego z przekazu amerykańskiego politologa. Kręgosłupem swojej wypowiedzi szef STRATFOR-u uczynił kod geopolityczny, od bardzo dawna zakorzeniony w polskiej świadomości i wciąż ją modelujący, który sprowadza się do wizji dwustronnego zagrożenia Polski przez Niemcy i Rosję.

Rzecz znamienna, amerykański politolog zaczyna snuć swoją refleksję dotyczącą dziejów Polski od powstania listopadowego (!), co rusz wskazując a to na „zagrożenie rosyjskie”, a to „zagrożenie niemieckie”. Podkreśla przy tym, że „biedna”, ale za to dzielna Polska była wielokrotnie zdradzana. Oddaje przy tym honor i szacunek polskiemu wojsku, które co prawda kawalerią atakowało niemieckie czołgi (sic!), ale było za to przejawem „wielkiego symbolizmu”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Mit polskich żołnierzy na koniach, nacierających na niemieckie jednostki pancerne, jest bardzo charakterystyczną formą manipulacji świadomością historyczną – nie tylko polskiego odbiorcy – dokonywaną piórem amerykańskiego propagandzisty. Celem takiego zabiegu jest utrwalanie obrazu heroicznych Polaków, będących przez stulecia zagrożonymi na osi Wschód-Zachód, a na domiar złego ciągle zdradzanych. Wpisuje się tym doskonale w utrwalony Polsce kod historyczny, u podstaw którego leży martyrologiczny obraz polskich dziejów. Jest on ochoczo ostatnimi laty podejmowany przez polskie elity polityczne, a swoje niechlubne apogeum rozpowszechnienia osiągnął po katastrofie smoleńskiej. Friedman doskonale wyczuwa polskie słabości i nastroje, błyskotliwie puentując polską aktywność polityczną ostatnich 200 lat trawestacją tytułu książki Ivana Morrisa jako „szlachetność niepowodzenia”.

Jakkolwiek szef STRATFOR-u zauważa, że od zakończenia zimnej wojny sytuacja geopolityczna uległa zmianie i ani Niemcy ani Rosja nie dybią – przynajmniej bezpośrednio – na polską suwerenność, jednak zaraz dodaje, że „wszystkie narody zmieniają swoje intencje”, co ilustruje barwnym przykładem Niemiec okresu 1932-1934. Friedman, opisując dziejowe klęski Polaków w ciągu ostatnich dwustu lat, nie daje nam szans na stabilizację geopolityczną nawet w ramach Unii Europejskiej, bowiem – jego zdaniem – 18-letnia unia nie daje żadnej szansy na zbudowanie, jak pisze, „spokojnego królestwa niebieskiego”. „Chopin może być rozumiany geopolitycznie” – ciągnie Friedman. I istotnie, szef STRATFOR-u z lekkością mazurków Chopina „dowodzi”, iż Polska nie ma innego wyjścia ze swojego geopolitycznego położenia niż tylko oparcie się na sojuszu z Wielkim Bratem zza Wielkiej Wody. Cóż za błyskotliwa konstatacja! Epokowe wprost odkrycie.

Wzmocnieniem swojej „geopolitycznej” argumentacji  Friedman czyni stwierdzenie, że w XX wieku USA trzykrotnie nie dopuszczały do dominacji w Europie przez Niemcy, Rosję, lub sojusz obu tych państw. W związku z tym Polska „musi utrzymywać stosunku z globalnym hegemonem”. Amerykański politolog w rytm polonezów Chopina wskazuje Polsce miejsce w Europie, które opierać się ma o nowe Intermarium pod czujną kuratelą Wuja Sama. Jest to powtórzenie znanych PR-owskich chwytów zastosowanych już w szeroko reklamowanej książce pt. „Następne sto lat…”, gdzie Friedman kreślił tyle miłą dla polskiego ucha, co całkowicie utopijną we współczesnych realiach, wizję „mocarstwa nad Wisłą” i „bloku polskiego”.

Trzeba podkreślić, że główną osią Friedmanowskiej manipulacji jest prawie całkowite ignorowanie Unii Europejskiej jako niezależnego ośrodka siły i rozpatrywanie rzeczywistości wyłącznie przez pryzmat państw narodowych, co jest jawnym anachronizmem. Stąd tak usilne forsowanie kodu geopolitycznego, zgodnie z którym Polska, dokładnie jak w okresie międzywojennym, ma być zagrożona przez oś Berlin-Moskwa. Takie straszenie blokiem niemiecko-rosyjskim jest nieodłącznym elementem wpływania przez Waszyngton na polski establishment.

Styl argumentacji szefa STRATFOR-u nie jest niczym nowym. Jest to znana nuta wygrywana od końca zimnej wojny przez amerykańskich propagandzistów. Bazuje na polskich słabościach, historycznych kompleksach, braku myślenia kategoriami Realpolitik, odgrzewaniu starych stereotypów, tworzeniu nowych, jednym słowem – na graniu na polskich nastrojach. Upraszczając, tworzy wrażenie odwiecznego zagrożenia rosyjsko-niemieckiego dla Polski i wizję amerykańskiego oswobodziciela, który staje się jedynym gwarantem suwerenności Polski. Umiejętne odwoływanie się do polskich mitów i złudzeń (mesjanizm, przedmurze), antykwarycznych, ale wciąż modnych koncepcji geopolitycznych (Międzymorze) oraz utrwalanie błędnych kodów geopolitycznych, pozwala dyplomacji amerykańskiej na skuteczne rozbijanie idei zintegrowanej Europy. Dla Waszyngtonu lepsza jest Europa podzielona, z amerykańskimi bazami na „starym kontynencie”, niż Europa niezależna, samowystarczalna militarnie, zdolna do prowadzenia własnej polityki, nie uzależnionej od wizji polityki amerykańskiej, opartej na micie wspólnoty transatlantyckiej. Amerykańska dyplomacja, wykorzystując narzędzia wojny sieciowej, skutecznie wprowadziła do obiegu międzynarodowego podział członków Unii Europejskiej na „starych” i „nowych”, których interesy mają się diametralnie różnić. Warto zauważyć, że kody geopolityczne, propagowane przez administrację amerykańską, a którym tak ochoczo po 1989 r. przyklaskuje polski establishment, są oparte na bardzo wątłych podstawach, mitach, przeinaczeniach, żeby nie powiedzieć wprost, manipulacjach.

Mit nr 1: „Zagrożenie dla Polski od stuleci przebiegało na osi Wschód-Zachód”, albo wprost – ze strony Niemiec i Rosji. W swojej kilkunastowiekowej historii polski ośrodek siły był zagrożony jednocześnie z dwóch przeciwległych stron czterokrotnie, z czego na osi Wschód-Zachód tylko dwukrotnie (2 poł. XVIII w. i I poł. XX w.), reszta to zagrożenia na osi Północ-Południe (XIV i XVII w.). Z całą mocą podkreślić należy, iż likwidacja państwowości polskiej była każdorazowo skutkiem nie położenia geograficznego, lecz dysproporcji potencjałowej. Propagowany przez Friedmana i jego adherentów skrajny determinizm geograficzny nie ma żadnych podstaw historycznych.

Mit nr 2: „Unia Europejska nie może być gwarantem bezpieczeństwa i stabilizacji w Europie bez wsparcia Stanów Zjednoczonych”. Jest dokładnie odwrotnie, niż chciałby tego dr Friedman. Unia Europejska stanie się pewnym gwarantem bezpieczeństwa europejskiego, wtedy kiedy odetnie NATO-wską pępowinę i stanie się w pełni samowystarczalna militarnie i suwerenna w polityce zagranicznej. USA przypominają nadopiekuńczego rodzica, który stara się we wszystkim wyręczać swoje dziecko, czyniąc mu tym samym krzywdę. Europie nie jest potrzebny atlantycki system bezpieczeństwa, a efektywny system eurazjatycki, z podsystemami regionalnymi (np. śródziemnomorski, wschodnioeuropejski, bałkański itd.), oparte na siłach subkontynentu europejskiego i współpracy z najbliżej położonym mocarstwem, czyli Rosją.

Mit nr 3: „Zbliżenie niemiecko-rosyjskie jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy”. Próba prowadzenia samochodu oparta jedynie na obrazie z wstecznego lusterka, kończy się zazwyczaj tragicznie. Patrzenie na dzisiejszą rzeczywistość i jej analizowanie z punktu widzenia realiów przedwojennych to więcej niż błąd, to brak wyobraźni. Procesy, będące rezultatem rewolucji informacyjnej (m.in. denacjonalizacja polityk zagranicznych, kształtowanie się państw postsuwerennych, upadek idei mocarstw narodowych i etnonarodowych imperializmów), każą inaczej patrzeć na współczesne przemiany geopolityczne. Synteza „miękkiej siły” Europy i „twardej siły” Rosji daje szansę na stworzenie nowoczesnego systemu bezpieczeństwa na obszarze Eurazji i przełamanie dotychczasowych barier.

Mit nr 4: „Polska jest skazana na sojusz z USA”. Geografia nie determinuje dziejów, stwarza tylko szanse. Stare powiedzenie, a przy tym i jedno z naczelnych zaleceń geopolityki, karze szukać wrogów daleko, a sojuszników blisko. Polska polityka zagraniczna po 1989 r. jest literalnym tego zaprzeczeniem. Naczelnym paradygmatem stała się „strategia euroatlantycka”, cokolwiek to miałoby oznaczać. Owa „strategia” sprowadza się w istocie do braku strategii, do faktu „siedzenia na dwu stołkach”, jednym w Brukseli, drugim w Waszyngtonie. Trawestując wspominanego wyżej Józefa Piłsudskiego (notabene postać poddaną we współczesnej Polsce swoistej hagiografizacji, wykorzystywaną ochoczo do „legitymizowania” fanfaronady w polityce zagranicznej), można stwierdzić, że Polska w nie tak dalekiej przyszłości z któregoś tych stołków w końcu spadnie.

Z punktu widzenia geopolityki, dla polskiego ośrodka siły naczelnym wyzwaniem strategicznym powinno być dążenie do zapewnienia stabilizacji i bezpieczeństwa na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej oraz wpieranie integracji europejskiej w takim kierunku, który pozwoli europejskiemu ośrodkowi siły na pełnienie roli jednego z kilku najważniejszych mocarstw w dobie policentryzującego się świata. Bezpieczeństwa polskim obywatelom na pewno nie zapewni awanturnicza polityka wbijania klina między kraje zachodniej i wschodniej Europy oraz polityka nastawiona na konfrontację UE z Rosją.

Zainicjowanie przez polską dyplomację, kuriozalnego w swoich założeniach (wymierzonego par excellence przeciw Rosji) programu „Partnerstwa Wschodniego”, który w geopolitycznych antecedencjach tkwi wprost w przedwojennej polityce „prometejskiej” (obliczonej na rozkawałkowanie rosyjskiego ośrodka siły „wzdłuż szwów narodowościowych”), nie służy dobrze ani integracji europejskiej, ani bezpieczeństwu państwa polskiego. Nie ma obecnie bardziej palącej kwestii dla bezpieczeństwa nie tylko Polski, ale i całej Europy Środkowo-Wschodniej niż ukraiński „sworzeń destabilizacji”. Polska swoją krótkowzroczną polityką, wspieraniem w istocie antypolskich, faszyzujących ugrupowań politycznych na Ukrainie, przyczyniła się do zagrożenia swojego i europejskiego bezpieczeństwa. Dziś należy ukierunkować „Partnerstwo Wschodnie” w duchu geopolitycznym, zgodnym z interesami całej Unii Europejskiej, tak aby w porozumieniu z Rosją służyło rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, a nie tworzeniu sfer destabilizacji. Perspektywa współpracy UE i Rosji tworzy nowe szanse dla tworzenia harmonii rozwoju na obszarze Eurazji. Polska powinna inicjować procesy bezpieczeństwa i stabilizacji w naszej części kontynentu w oparciu o siły zintegrowanej Europy.

To nie położenie geograficzne „między Niemcami i Rosją” jest zagrożeniem dla Polski, lecz nieodpowiedzialna, egzaltowana polska polityka, tkwiąca jedną nogą na początku wieku XX, a nawet jeszcze w wieku XIX, nie uwzględniająca koniunktur geopolitycznych, żywiąca się swojskim „chciejstwem” i narodowymi mitami. Kreowanie głównych wektorów polskiej polityki zagranicznej przez „pasażerów martwej wizy”, próbujących urzeczywistnić antykwaryczne wizje sprzed wieku, pod dyktando takich specjalistów jak dr George Friedman, starających się „rozgrywać” integrującą się Europę, może doprowadzić do destabilizacji geopolitycznej naszej części kontynentu. Należy pamiętać, że błędne odczytywanie procesów geopolitycznych, przenoszenie ocen sprzed wieku do współczesnych realiów, prowadzi wprost do katastrofy. W tym sensie, parafrazując słowa Józefa Szujskiego, można powiedzieć, że „fałszywa geopolityka staje się mistrzynią fałszywej polityki”.