Mariusz Borkowski: Atomowa polisa
-
Mariusz Borkowski, Polska Zbrojna
Bomby atomowe zrzucone przez Amerykanów w sierpniu 1945 roku na Hiroszimę i Nagasaki rozpoczęły erę broni zmasowanego odwetu. Jej użycie, powodujące straszliwe zniszczenia, miało zastraszyć przeciwnika i rzucić go na kolana. Tak właśnie stało się w przypadku Japonii. Wtedy też zaczęto uważać, że liczące się mocarstwo musi podbudować swoją potęgę posiadaniem własnej broni atomowej, a zarazem za jej pomocą skutecznie odstraszać potencjalnego przeciwnika.
Na początku lat sześćdziesiątych, w apogeum zimnej wojny, eksperci wojskowi prognozowali, że pod koniec XX wieku na świecie będzie około 30–35 państw dysponujących własną bronią atomową. To, że jest ich tylko osiem, stanowi niewątpliwie zasługę wspomnianego traktatu o nieproliferacji, który co prawda nie blokuje całkowicie „nowym państwom” dostępu do własnej broni jądrowej, ale dość skutecznie utrudnia wejście w jej posiadanie. Zawarcie w 1968 roku traktatu – i jego bezterminowe przedłużenie w 1995 roku – było możliwe tylko dlatego, że większość państw uznała, iż masowe upowszechnienie się broni atomowej na świecie, zamiast podnieść poziom bezpieczeństwa wszystkich krajów, tylko zwiększy zagrożenie. Był to przełom w sposobie postrzegania wojskowego potencjału atomowego. Przełom ten nie dotyczył jednak sposobu myślenia wojskowych z USA i ZSRR zaangażowanych w zimną wojnę, a dodatkowo w wojnę w Wietnamie.
Odstraszanie przeciwnika
Większość mieszkańców państw należących do NATO nawet nie pamięta, że sojusz ma bazy z (amerykańską) bronią atomową. Ponadto Wielka Brytania i Francja dysponują własnymi, całkiem pokaźnymi arsenałami nuklearnymi. Wielu natowskich ekspertów, na marginesie propozycji prezydenta Baracka Obamy odnośnie do całkowitej likwidacji broni atomowej, zaczyna toczyć spór, czy sojusz powinien mieć w Europie gotową do użycia broń nuklearną i czy w ogóle państwom europejskim jest ona potrzebna. Zwłaszcza że – w porównaniu do arsenałów obu wielkich mocarstw – jest tej broni bardzo niewiele.
Krytycy „nuklearnego” NATO wskazują, że atomowy arsenał jest reliktem zimnej wojny, natomiast sojusz dysponuje znaczną przewagą broni klasycznej nad ewentualnymi przeciwnikami, a ci nie mają własnej broni jądrowej. Ponadto straciła już ona funkcje militarnego odstraszania, stając się coraz bardziej „zakurzoną” i zapomnianą gdzieś polisą ubezpieczeniową. W dodatku ten czynnik odstraszania jest bardziej wiarygodny w postaci amerykańskiego arsenału atomowego, który może być w każdej chwili użyty w obronie europejskich członków NATO.
Zwolennicy zachowania amerykańskiej broni jądrowej w bazach europejskich oraz arsenałów brytyjskich i francuskich wskazują ze swej strony na dwa aspekty. Rozpoczynanie teraz dyskusji w NATO wokół tej kwestii może tylko uwidocznić szkodliwe i sprzyjające wrogom sojuszu rozbieżności, osłabiające jego spójność. Innym wysuwanym argumentem jest to, że Europa (jako sojusznik Waszyngtonu) stanowi drugi po USA najlepszy cel do ugodzenia przez tak zwane kraje bandyckie lub międzynarodowy terroryzm. I tu posiadanie broni jądrowej ma być skutecznym straszakiem – choć jej użycie i tak uzależnione byłoby od zgody Waszyngtonu.
Do tego wszystkiego należy dodać, że wciąż niewyjaśnionym elementem, istotnym dla natowskiego „mieć czy nie mieć”, jest niejasna postawa Rosji. Jej doktryna wojskowa nadal traktuje NATO jako potencjalnego wroga, a ambitny program modernizacji i zwiększenia potencjału armii plus zaskakujące zwroty polityki Moskwy czynią z niej mało przewidywalnego partnera.
Nieprzewidywalni wojownicy
Kraje nienatowskie, które albo już mają własną broń atomową (Indie, Izrael i Pakistan), albo usilnie pracują nad jej zbudowaniem (Korea Północna i Iran), są obecnie najgroźniejszym i najbardziej nieprzewidywalnym elementem atomowego równania XXI wieku. Każde z nich jest zaangażowane w tak zwane gorące konflikty z sąsiadami lub przygotowane na taką sytuację – może więc sięgnąć po swój istniejący lub budowany arsenał. Co prawda nie są to tak wielkie ilości broni jak w przypadku USA czy Rosji, ale użycie jej w regionalnych konfliktach mogłoby doprowadzić do konfrontacji na znacznie większą skalę. Dla przypomnienia: Izrael nieoficjalnie daje do zrozumienia, że wykorzystałby tę broń w obliczu znacznego zagrożenia ze strony arabskich sąsiadów i ma rozważyć jej użycie przeciwko Iranowi.
Pakistan, znajdujący się w niewygasającym sporze granicznym z Indiami (oba te państwa mają „atom”, przy czym indyjski arsenał jest znacznie większy), mógłby użyć swych bomb w razie przegranego konfliktu konwencjonalnego. Iran dąży do szybkiego wyprodukowania broni atomowej jako elementu szantażu wobec Izraela. Choć nie miałby szans na szybkie zbudowanie dużego arsenału, to nawet kilkadziesiąt bomb miałoby znaczenie. Podobne rachuby prowadzi reżim północnokoreański, który ma już wyprodukowane, ale nieoperacyjne, głowice atomowe. Oznacza to, że na razie mogą jeszcze być niezbyt sprawne technicznie, ale za parę lat...
Już sam fakt posiadania przez te kraje istotnego potencjału broni jądrowej sprawia, że wyzbycie się jej arsenałów lub zbyt daleko idące ich ograniczenia wśród tak zwanych starych członków klubu atomowego wydają się mało prawdopodobne i niezbyt roztropne. I tak „zakurzona” polisa ubezpieczeniowa w postaci arsenałów atomowych nabiera nowego znaczenia i aktualności.
Atomowi terroryści
Ostatnie miejsce w tej atomowej układance zajmują tak zwani atomowi terroryści. Chodzi tu o organizacje i grupy terrorystyczne, które mogłyby użyć albo małych ładunków atomowych odpalanych przez samobójców w centrach miast Zachodu, albo też brudnych bomb, czyli prymitywnych ładunków, które powodują niewielkie zniszczenia, ale za to ogromne skażenie substancjami radioaktywnymi. Do tej pory takie zagrożenie było traktowane dość hipotetycznie, jako fikcja dziennikarska.
Niestety, powtarzające się doniesienia o zniknięciu z arsenałów postradzieckich minibomb walizkowych, które rzekomo miały być odsprzedane przez „sfrustrowanych” strażników bliżej nieokreślonym organizacjom, oraz pojawienie się w przechwyconych dokumentach Al-Kaidy planów konstrukcyjnych brudnych bomb, budzą obawy. Bomby te to po prostu zwykłe ładunki wybuchowe z dołączonym do nich pojemnikiem z substancją o wysokiej promieniotwórczości lub – w najgorszym wypadku – niewielką ilością trującego i radioaktywnego plutonu. Wiadomo, że „przecieki” techniki jądrowej dla terrorystów pochodzą od pakistańskich twórców tamtejszego programu nuklearnego. Chodzi oczywiście o stosunkowo tanie i proste, lecz nie mniej skuteczne urządzenia. To, że mają do nich dostęp organizacje terrorystyczne, przekreśla całą obowiązującą dotychczas filozofię atomowego odstraszania.
O ile problemy znanego z końca XX wieku atomowego wyścigu zbrojeń praktycznie przygasły i nie stanowią już zagrożenia dla pokoju, o tyle rozpowszechnienie się broni nuklearnej w krajach uznawanych za nieobliczalne i groźba jej „prymitywnego użycia” przez terrorystów stanowią całkiem nowe wyzwania dla świata w XXI wieku. Od wybuchu dwóch bomb – jednej z izotopem uranu 235, a drugiej z izotopem plutonu 239 – nad miastami Japonii minęły już 64 lata, a niebezpieczeństwo ponownego użycia militarnego atomu nie zniknęło.



Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje