Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Adam Wielomski: Czy państwo może się rozpaść?


25 styczeń 2009
A A A
Czy państwo może się rozpaść? Oczywiście, historia zna takie przykłady i niekoniecznie są to przykłady z epoki faraonów czy archontów. Identyczne zjawisko obserwujemy w Grecji, gdzie upadł porządek prawny, policja wycofała się w panice do koszar, a na ulicach panują uzbrojone bandy.

Zapewne wielu moich Czytelników chciałoby aby współczesne demoliberalne, socjalne, etatystyczne i centralistyczne państwo rozpadło się. Ja oczywiście także, gdyż postrzegam państwo współczesne jako rodzaj Leninowskiej „szpicy rewolucji”, budującej socjalizm i propagującej bezbożność w relatywistycznej formie.

Krytykując państwo socjalne, nie powinniśmy jednak popadać w przesadę i życzyć sobie rozpadu państwa jako takiego. Nie jestem zwolennikiem tzw. optymizmu antropologicznego – któremu hołdują liberałowie i libertarianie - głoszącego, że człowiek z natury jest dobry, kieruje się czy to rozumem czy szlachetnymi popędami, a więc bez państwa mógłby pokazać naturalnie w nim tkwiącą i przyrodzoną dobroć. Przeciwnie, jeden z najbystrzejszych obserwatorów realnej polityki – Thomas Hobbes – słusznie opisał naturę ludzką w słynnej formule homo homini lupus est. W sytuacji anarchii, bezprawia, samosądów, wszechobecnej grabieży, mordów i napadów – a to by nas czekało w sytuacji braku państwa – każde państwo jest dobre, nawet lewicowe i socjalistyczne. Nawet socjalistyczny policjant jest lepszy niż kompletny brak policjanta, gdyż socjalistyczne prawo jest mniejszym złem niż stan zinstytucjonalizowanego bezprawia.

A czy państwo może się rozpaść? Oczywiście, historia zna takie przykłady i niekoniecznie są to przykłady z epoki faraonów czy archontów. W 2001 roku – w czasie masowego bankructwa banków – faktycznie rozpadła się Argentyna, a ulice Buenos Aires i innych miast przekształciły się w pole bitwy demonstrantów, band, kibiców. Policja uciekła przed rozwścieczonymi tłumami. Ulice argentyńskich przemieniły się w prawdziwy hobbesowski świat stanu natury: mordobicie, napady, gwałty.

Identyczne zjawisko obserwujemy ostatnio w Grecji, gdy upadł porządek prawny, policja wycofała się w panice do koszar, a na ulicach panują uzbrojone bandy, napadające ludzi, rabujące sklepy i podpalające samochody.

Grecki przypadek jest bardzo ciekawy, gdyż pokazuje niezdolność demokratycznego rządu do zaradzenia sytuacji wyjątkowej. Śmierć 15letniego anarchisty stała się początkiem zamieszek, które ogarnęły cały kraj. Siły policyjne uciekły przed demonstrantami, którzy opanowali ulice wszystkich greckich miast i z pianą na ustach rzucili się do grabieży i demolki. Do miejscowych anarcholi dołączyły z politycznym poparciem partie lewicowe, strajk generalny ogłosiły lewicowe centrale związkowe, a samolotami, statkami i samochodami z całej Europy zaczęły przyjeżdżać z „bratnią pomocą” tłumy anarchistycznych i antykapitalistycznych bojówkarzy lub zwykłych chuliganów żądnych ulicznej rozróby.

Zacznijmy od tego, że zastrzelenie 15-letniego anarchisty nie jest powodem do wstydu dla rządu i policji. Jeśli kilkudziesięcioosobowy tłum zaczyna rzucać w radiowóz kamieniami, to policjanci powinni wysiąść i przejechać po motłochu z automatu. Wszelkie inne zachowanie jest odbierane jako oznaka słabości. W chwili gdy wybuchły zamieszki, rząd popełnił katastrofalny błąd: aresztowano „sprawcę morderstwa”, zaczęto przepraszać i cofać się. Widząc słabość, anarchiści od razu urośli w siłę. Słabość rozzuchwaliła ich. Jeśli bowiem rząd i policja raz cofnie się przed tłumem, wtedy będzie po chwili musiała cofnąć się kolejny raz, a potem kolejny. Przykład Ludwika XVI dowodzi, że władza cofająca się zawsze kończy na gilotynie. Słabość zawsze rozzuchwalała motłoch. Karzący miecz władzy zawsze budzi jego szacunek!

Centroprawicowy rząd Kostasa Karamanlisa powinien się podać do dymisji. Ale nie dlatego, że domaga się tego szabrujący na ulicy tłum, ale dlatego, że w chwili sytuacji krytycznej całkowicie się skompromitował. Żenujące zerkanie w słupki sondażów poparcia doprowadziło ten gabinet do słabości, polityki zwątpienia i defetyzmu. Zamiast pierwszej nocy, przy pomocy wojska i policji, zmiażdżyć protestujący motłoch, rząd zachwiał się, okazał słabość, dopuścił do sytuacji, gdy tłum zbrojny w kamienie i kije wygrał walkę uliczną. Cofając się, rząd stał się godny jedynie pogardy. Jeśli rządząca Grecją Nowa Demokracja ma innego lidera, to natychmiast powinien on zastąpić premiera, który okazał słabość. Jeśli nie ma, to za kilka tygodni rząd powinien podać się do dymisji. Należy rozpisać nowe wybory, gdyż rząd utracił swoją legitymowalność i wiarygodność. Oddajcie lewicy władzę, skoro umiała ją wziąć – wy nie jesteście władzy godni! Na Węgrzech lewicowy premier Ferenc Gyurcsány w 2006 roku nie zawahał się posłać policję aby zmiażdżyć prawicowych demonstrantów chcących obalić rząd. Towarzysz Ferenc Gyurcsány to polityk nie z mojej bajki, ale okazał się godny sprawowania władzy i zalegitymizował swoje panowanie polityczne, okazując stanowczość wobec protestującej prawicy.

Warto zresztą wskazać na nowatorską tendencję w wielu zachodnich krajach unijnych: gdy do władzy dochodzi polityk kojarzony z prawicą, rozpoczyna się fala najpierw medialnej, a potem fizycznej agresji. Ogłasza się, że „faszyzm no passaran” i lewactwo kompletnie ignoruje wyniki wyborów. Spotkało to m.in. – skądinąd bardzo mało prawicowego polityka - Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 roku. W Stanach Zjednoczonych lewactwo i czarne przedmieścia zapowiadały walki uliczne, gdyby wyborów nie wygrał Obama.

Nie należy ignorować podobnych sygnałów. Wskazują one, że lewica przechodzi do nowego etapu wykluczania ze sceny politycznej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat wykluczano z niej – jak „faszystów” – katolików, nacjonalistów, monarchistów, autorytarystów. Odbywało się to przy cichej akceptacji tzw. centroprawicy, czyli prawicy koncesjonowanej przez lewicowe salony i media. Teraz rozpoczął się kolejny etap: salony i media - posługując się wyrostkami, anarchistami, kolorowymi i zwykłymi bandziorami – przeszła do „oczyszczania” sceny politycznej nawet z tej pseudoprawicy w rodzaju Sarkozy’ego czy McCaina. W Polsce media podobnie „oczyszczają” scenę polityczną z pseudoprawicowego „kaczyzmu”. Kiedy i u nas czerwony motłoch wyjdzie na ulicę z koktajlami Mołotowa i kamieniami w garści, krzycząc „faszyzm no passaran”?

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach portalu konserwatyzm.pl Przedruk za zgodą autora.