Dariusz Kałan: Ukraina traci przyjaciół
Wydarzenia z ostatnich tygodni przypominają smutną prawdę, że Ukraina, szczególnie pogrążona w wewnętrznym kryzysie, jest jedynie pionkiem w wielkiej grze mocarstw.
Chociaż już wcześniej, także w latach po pomarańczowej rewolucji, miały miejsce liczne tarcia na linii Kijów-Moskwa, to jednak nigdy stosunki rosyjsko-ukraińskie nie były tak napięte, jak w okresie prezydentury Dimitrija Miedwiediewa. Punktem krytycznym stał się niedawny list do Wiktora Juszczenki, w którym w wyjątkowo agresywnym tonie rosyjski prezydent domagał się zakończenia „antyrosyjskiej polityki”. Warto zapytać, czy w kontekście nowej polityki wschodniej USA, dystansu UE wobec Ukrainy, a także jej pogorszenia relacji z Polską, owo wystąpienie rzeczywiście jest takie zaskakujące i niespodziewane.
Niebezpieczeństwa „pieriezagruzki”
Miedwiediew skarcił Ukrainę miesiąc po wizycie Joe Bidena w Kijowie i prawie dwa miesiące po szczycie moskiewskim z udziałem Baracka Obamy. Mimo iż komentatorzy więcej miejsca poświęcili temu ostatniemu wydarzeniu, które uznane zostało za przełom w stosunkach USA i Rosji, to z punktu widzenia interesów rosyjskich w regionie o wiele ważniejsza była kijowska eskapada wiceprezydenta. Ukraińscy przywódcy dowiedzieli się, że okres bezwarunkowego wsparcia od Ameryki minął wraz z końcem kadencji Busha. Po raz pierwszy zdarzyło się, że tak wysoki urzędnik amerykański publicznie skrytykował Ukraińców za opieszałość we wprowadzaniu reform. Nie wspominając ani razu o NATO i nie reagując na pytanie Juszczenki o amerykańską pomoc w naprawie sieci energetycznych, Biden potwierdził, że priorytetem nowej administracji jest normalizacja stosunków z Rosją. I że Ameryka, przynajmniej w najbliższym czasie, nie zrobi nic, co przez Moskwę mogłoby zostać odczytane jako atak.
Zaniepokojenie zmianą polityki wobec Europy Wschodniej wyraziło w osławionym liście do amerykańskiego prezydenta wielu intelektualistów i polityków. Chociaż nie ma pod nim podpisu żadnego z ukraińskich decydentów, to właśnie oni, a nie Polacy, Czesi, Węgrzy, czy Rumuni, powinni być najbardziej zainteresowani tym, w jaki sposób swoje stosunki z Rosją ułoży Ameryka. Ukraina, ze względu na brak mocnego poparcia ze strony UE, niedojrzałość elit i gospodarczą zapaść, jest dziś zbyt słaba i niewiarygodna, aby o jej politycznej przyszłości rozmawiać inaczej aniżeli w kontekście relacji między dwoma najważniejszymi graczami światowymi. To od tego, jaką politykę przyjmie wobec Rosji administracja Obamy w ogromnej mierze zależeć będzie, na jak wiele pozwoli sobie w relacjach z przywódcami państw posowieckich Miedwiediew.
Bezprecedensowe wystąpienie rosyjskiego prezydenta każe powrócić do obaw wyrażanych przed rokiem, u nas m.in. przez Zdzisława Najdera, że Ukraina może stać się kolejnym po Gruzji obiektem militarnej interwencji Rosjan. Pretekstów nie brakuje: baza sewastopolska, czy rosyjska mniejszość na Krymie są dla rosyjskiego społeczeństwa tak samo strawne jak rzekomy gruziński reżim w Osetii Południowej. Chociaż dzisiaj ryzyko konfrontacji nie wydaje się duże, to pamiętać należy, że pozycja Rosjan nie jest już tak mocna, jak choćby rok temu. Jej wpływy na Białorusi, w Mołdawii i na Litwie maleją, a ją samą coraz bardziej nękają skutki kryzysu gospodarczego. Podjęcie, na razie werbalne, sprawy Ukrainy, największego i najważniejszego kraju dawnego ZSRR, przez Miedwiediewa jest więc nie tylko próbą odciągnięcia uwagi od kłopotów wewnętrznych, ale także swoistym pokazem siły skierowanym do jej sąsiadów. Amerykanie, dystansując się od Europy Wschodniej, dają milczącą zgodę na umacnianie się Rosji w regionie.
Czy na UE można liczyć?
Można mieć złudzenie, że zdecydowane ruchy proukraińskie wykonywane są po stronie UE. Wydaje się, że Wspólnota wyciągnęła wnioski ze styczniowego kryzysu gazowego. Zapomina się jednak, że, mimo iż w lipcu podpisano umowę o budowie Nabucco, to oddanie go do użytku jest kwestią lat. W tym czasie narzędzie mobilizujące niesfornych Ukraińców, czyli zakręcenie kurków z gazem, zostanie zapewne użyte nie raz. Unia, zgodnie z umową z marca, powinna także zaangażować się w modernizację ukraińskiej sieci gazociągów, ale póki co, niewiele o tym wiadomo.
Nie do przecenienia jest za to pomoc instytucji europejskich w zwalczaniu kryzysu gospodarczego. Niedawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy wypłacił Ukrainie trzecią transzę kredytu, z której duża część została, najprawdopodobniej, przeznaczona na spłatę długu za rosyjski gaz.
Także kierująca w tym półroczu pracami UE Szwecja to żarliwy zwolennik zbliżenia z Ukrainą. Chociaż gdyby przyjrzeć się trzeźwym okiem niewątpliwemu sukcesowi dyplomacji szwedzkiej i polskiej, czyli projektowi Partnerstwa Wschodniego, to okaże się, że 600 milionów euro, które UE zamierza rozdzielić między sześć krajów, to kropla w morzu potrzeb. Obecnie ambicją szefa szwedzkiego MSZ Carla Bildta jest podpisanie z Ukrainą do końca roku umowy o stowarzyszeniu, tworzącej strefę wolnego handlu. Jego wysiłki mogą pójść jednak na marne, bo póki co, nie wiadomo, jak będzie wyglądać struktura decyzyjna Unii w 2010 roku. Problemem jest, coraz bardziej dokuczliwy, brak wspólnej polityki zagranicznej UE. Ciągle mówić trzeba nie o jednolitym stanowisku, ale o aktualnych interesach najważniejszych decydentów oraz o orientacji krajów, z jakich pochodzą przewodniczący Rady Europejskiej. I nie jest wcale pewne, czy to się zmieni po ewentualnym wejściu w życie traktatu lizbońskiego. Mimo ciepłych słów i kilku ważnych gestów, stosunki UE, szczególnie Francji i Niemiec, z Ukrainą są wciąż pełne rezerwy i strachu przed zdecydowanymi deklaracjami.
Niedojrzałość Ukraińców
Dużo w tym winy samych Ukraińców. O niedojrzałości ukraińskich polityków mógł się osobiście przekonać minister SZ Radosław Sikorski. Podczas czerwcowej wizyty w Kijowie on i towarzyszący mu szef dyplomacji niemieckiej Frank-Walter Steinmeier mieli zapewnić ukraińskie władze o gotowości pomocy UE w walce z gospodarczym wyhamowaniem. Jednak ani prezydent, ani premier nie wykazali dużego zainteresowania przyjazdem ministrów, a rozmowa z Julią Tymoszenko o mało co, a nie zostałaby odwołana. Powodem miało być specjalne odwlekanie spotkania przez Juszczenkę, który miał nadzieję, że dzięki temu zabraknie czasu na wizytę u pani premier.
Fiasko wizyty Sikorskiego i Steinmeiera zmusza do postawienia pytania, czy obecne elity polityczne Ukrainy w ogóle są zainteresowane czymś innym niż doprowadzeniem długiej i wyniszczającej wojny personalnej do szczęśliwego – tylko dla jednej ze stron – końca. Wydaje się, że zarówno rządzący prezydent i premier, jak i lider opozycji Wiktor Janukowycz wychodzą z założenia, że najpierw trzeba wyeliminować konkurentów w drodze do pełni władzy, a dopiero potem przyjdzie czas na rozstrzyganie o pozycji międzynarodowej kraju i jego relacjach z partnerami. Ale jeśli tak, to obecny paraliż trwać będzie jeszcze co najmniej przez pół roku. Co z kolei każe uważniej patrzeć na ręce Rosji, która będzie działać tym bardziej stanowczo, im mniej zainteresowania Europą Wschodnią przejawiać będzie Obama i im silniejszą pozycję w sondażach będzie miał Janukowycz.
Dwie role Polski
Jakie jest w tym wszystkim miejsce Polski? Relacje polsko-ukraińskie w ostatnich latach cechuje pewna uciążliwa ambiwalencja. Polska w sprawach Ukrainy zabiera głos niejako w dwu rolach. W jednej jest lojalnym, pełnym dobrych intencji i gorliwym adwokatem zbliżenia ze strukturami europejskimi i transatlantyckimi. Stąd walka o sprawę ukraińską na szczycie NATO w Bukareszcie. Stąd wypowiedź ministra Sikorskiego po wojnie gruzińskiej o tym, że agresja Rosji na każde suwerenne państwo (w tym Ukrainę) będzie w istocie wypowiedzeniem wojny całemu Sojuszowi. Stąd wreszcie największy ostatnimi laty sukces polskiej dyplomacji, czyli przeforsowanie w czerwcu 2009 projektu Partnerstwa Wschodniego.
Jednakże jest i druga rola. Polska nie występuje w niej jako członek NATO i UE, świadomy strategicznego znaczenia Ukrainy, ale jako sąsiad.
Gdyby tylko szło o – dodatkowo wzmocnioną przez polskie media histerycznymi komentarzami – sprawę wycieczki rowerowej szlakiem Stepana Bandery, uwagi o ochłodzeniu na linii Warszawa-Kijów byłyby z pewnością przesadzone. Jednakże osławiony rajd wpisać należy w ciąg mniej lub bardziej spektakularnych incydentów, jakie miały miejsce w ostatnich miesiącach. Najpierw do znacznego pogorszenia wizerunku naszego kraju za wschodnią granicą przyczyniło się wprowadzenie po wejściu do strefy Schengen restrykcji wizowych dla Ukraińców. I chociaż wydarzenia takie jak czasowa blokada granic w styczniu 2008, były jednostkowe, to przeciąganie przez MSZ porozumień w sprawie umowy o małym ruchu granicznym mocno nadwątliło naszą wiarygodność, przede wszystkim wśród zwykłych mieszkańców Ukrainy. Do tego dochodzi szereg kwestii związanych z polityką historyczną. Tylko tego lata głośno było o kontrowersjach związanych z przyznaniem doktoratu honoris causa Wiktorowi Juszczence przez Katolicki Uniwersytet Lubelski, zmianie języka liturgii z polskiego na ukraiński w lwowskich kościołach, czy wreszcie o batalii o Szczerbiec na Cmentarzu Orląt Lwowskich.
Pojednanie zamiast przemilczania
Wszystko to drobne sprawy, które rzadko znajdują rezonans w wypowiedziach najważniejszych polityków, ale właśnie od nich zależy jakość relacji między naszymi krajami. Zarówno ośrodki rządowe, jak i prezydenckie w obu państwach przyjęły zasadę nie dotykania drażliwych problemów historycznych. Wiktor Juszczenko nie przypadkowo projektem flagowym swojej polityki historycznej uczynił sprawę Wielkiego Głodu. Lech Kaczyński zaś nie tylko nie wspomina o działalności Polaków wobec Ukraińców w międzywojniu, ale nawet unika publicznego podnoszenia kwestii ludobójstwa na Wołyniu.
Tymczasem, na dłuższą metę, polityka przemilczania i niedostrzegania przyniesie więcej szkód niż pożytku. Nie tylko dlatego, że to ona właśnie skutkuje coraz głośniejszą działalnością ks. Isakowicza-Zaleskiego i Kresowiaków. Ważniejsze jest to, że jeśli ktoś miałby wziąć na siebie ciężar historycznego pojednania, to właśnie powinni to być Juszczenko i Kaczyński. Dawno nie było tak bliskich sobie, mentalnie i światopoglądowo, przywódców, którzy dodatkowo zdają się rozumieć wagę dobrych relacji między oboma krajami. Polski prezydent, unikając rozmów o bolących kwestiach historycznych, odbiera sobie szansę na trwałe odciśnięcie śladu swojej prezydentury w programie polskiej polityki wschodniej.
Kto wie, jakiego znaczenia nabiorą zaszłości historyczne, jeśli prezydentem Ukrainy zostanie aktualny lider sondaży Janukowycz. Istnieje poważna obawa, że nie tylko nie dojdzie do pojednania. Nie wiadomo nawet, czy utrzymany zostanie kurs owej polityki przemilczania. Ze swoją orientacją prorosyjską Janukowycz wydaje się znacznie bardziej zainteresowany, szczególnie jeśli miałby na tym zyskać poparcie rosnącej w siłę skrajnej prawicy, wykorzystywaniem zadrażnień polsko-ukraińskich do dalszego antagonizowania obu narodów.
Dziwi, dlaczego nie doszło do wspólnych wystąpień prezydentów obu państw w sprawie wspólnej przeszłości. Dziwi, dlaczego historycy polscy są w stanie rozmawiać z rosyjskimi o trudnych kwestiach, a ich odpowiednikom ukraińskim nie dano takiej instytucjonalnej szansy. Owszem, odbywają się dyskusje na zamkniętych konferencjach i na łamach branżowych periodyków. Ale żadne z nich nie mają politycznego znaczenia. Trudno o jakąś rozsądną odpowiedź na pytanie, dlaczego jeszcze nie powołano ukraińsko-polskiej grupy ds. trudnych, na wzór tej kierowanej przez prof. Adama Daniela Rotfelda.
Nie opuszczać Ukrainy
Sytuacja Ukrainy dawno nie była tak dramatyczna. Na kryzys polityczny i gospodarczy nakłada się pogorszenie relacji z kluczowymi partnerami, USA i Polską. Brak jednomyślności w UE oraz nieodpowiedzialność ukraińskich elit nie służą zbliżeniu ze Wspólnotą. Jeżeli taki stan rzeczy utrzyma się do styczniowych wyborów prezydenckich, to należy się obawiać, czy czasu chaosu i poczucia osamotnienia nie wykorzysta Rosja do odbudowy wpływów w Kijowie.
Polska nie odpowiada za politykę wschodnią USA. Możemy jednak aktywniej niż dotąd kształtować relacje UE z krajami posowieckimi. Powinniśmy jednak zdać sobie sprawę, że jeśli chcemy, aby nasze działania proukraińskie były wiarygodne w Europie, to muszą mieć one legitymizację w postaci normalizacji stosunków dwustronnych.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.



Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy