Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Maciej Konarski: Ajatollah Władimir?


03 maj 2007
A A A

Ambasada, ambasada, tutaj bombę się podkłada”, śpiewał niegdyś Muniek Staszczyk. Demonstranci pod estońską ambasadą w Moskwie jeszcze nie zdecydowali się na tak radykalne działania, ale już teraz widać, że przynajmniej w sprawach takich jak szacunek dla prawa dyplomatycznego, Rosji Putina jest coraz bliżej do Iranu Chomeiniego.

Wybite szyby w konsulacie, ambasada szczelnie zablokowana przez demonstrantów, ambasador zaatakowana gazem pieprzowym – taki jest ostatnio chleb powszedni estońskich placówek dyplomatycznych w Moskwie. Od tygodnia znajdują się one w stanie oblężenia, a prokremlowskie młodzieżówki grożą „demontażem estońskiej ambasady” w odwecie za przeniesienie z centrum Tallina kontrowersyjnego monumentu upamiętniającego żołnierzy Armii Czerwonej. Sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że estońscy dyplomaci boją się opuszczać budynku ambasady, a ich rodziny ewakuowano z rosyjskiej stolicy. Oberwało się nawet Bogu ducha winnemu ambasadorowi Szwecji, którego samochód zaatakowali demonstranci.

Rosyjska milicja biernie przygląda się oblężeniu ambasady, reagując tylko w skrajnych przypadkach. Biorąc pod uwagę, że jeszcze trzy tygodnie temu nie zabrakło jej ani środków ani zapału na rozpędzenie wiecu opozycji, trudno to uznać za przypadek. Z kolei MSZ Rosji posunęło się nawet do usprawiedliwienia demonstrantów, oświadczając, że „wzrost napięcia i taka reakcja społeczeństwa obywatelskiego w Rosji sprowokowane zostały działaniami strony estońskiej” (cóż, zawsze mi się wydawało, że napadanie na obcych dyplomatów jest chuligaństwem, a nie przejawem aktywności obywatelskiej, ale może niewiele wiem o tym świecie). Gdy dodać do tego jeszcze fakt, że większość demonstrujących to aktywiści prokremlowskich organizacji młodzieżowych, a na ich czele stoi Wasilij Jakimienko – na co dzień pracownik służb prasowych Kremla – to trudno się oprzeć wrażeniu, że oblężenie ambasady jest jeśli nie inspirowane, to przynajmniej popierane przez władze rosyjskie.

Nawet barbarzyńcy posłów szanują”, mówił na kartach „Potopu” pan Wołodyjowski i ta zasada obowiązywała od niepamiętnych czasów. Istnieje wiele sposobów by wyrazić swe niezadowolenie z polityki innego państwa – można pisać noty protestacyjne, odwołać ambasadora, zerwać stosunki dyplomatyczne, nałożyć sankcje, a nawet wypowiedzieć wojnę. Jednak nawet w tym ostatnim przypadku placówki dyplomatyczne i ich obsada pozostają nietykalne. W cywilizowanym świecie żaden rząd nie dokonuje ani nie toleruje naruszania nietykalności dyplomatów – potwierdza to zresztą Konwencja Wiedeńska o stosunkach dyplomatycznych. Ich specjalny status to jedna z najświętszych zasad społeczności międzynarodowej.

To, co dziś dzieje się w Moskwie, jest więc złamaniem pewnego tabu. Dotychczas takie rzeczy działy się co najwyżej w rządzonym przez fundamentalistów Iranie, łukaszenkowskiej Białorusi czy innych bananowych państewkach tego pokroju. Czyżby więc Rosja chciała dołączyć do tego zacnego grona? Czyżby Władimir Putin chciał iść w ślady ajatollaha Chomeiniego? Wiele niestety na to wskazuje, gdyż dzisiejsze próby „demontażu” estońskiej ambasady nie są pierwszym takim przypadkiem w ostatnich latach. Wystarczy sobie przecież przypomnieć brutalne pobicia polskich dyplomatów, jakie miały miejsce w Moskwie latem 2005 roku

Zresztą tolerując, czy wręcz inspirując ataki na estońskie placówki dyplomatyczne, Rosja sama strzela sobie w stopę. Zaniepokojenie wydarzeniami w Moskwie wyraziły już Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Po szantażach energetycznych, flirtach z islamistami i prowokacyjnych wystąpieniach, tym razem łamaniem prawa dyplomatycznego Kreml wzbudza nieufność na Zachodzie. Jeśli obawiające się Rosji państwa Europy, takie jak chociażby Polska, potrzebowały kolejnego dowodu potwierdzającego, że jest ona nieprzewidywalna i niezdolna do partnerskiego traktowania swych sąsiadów, to Moskwa właśnie podaje im go na tacy.

Może więc rosyjska polityka zagraniczna nie jest wcale tak makiaweliczna jak mogłoby się wydawać? A może po prostu z rządzących na Kremlu „siłowików” raz na jakiś czas wychodzą ich sowieckie przyzwyczajenia?