Uśmiech błazna
Który to już raz na mównicę wdrapuje się Silvio Berlusconi - medialny gigant, wiecznie obecny w swoich sześciu stacjach telewizyjnych. Półwysep Apeniński znowu bierze do ręki pilota, żeby posłuchać o… No właśnie o czym? O „Papieżu włoskiej polityki”, którego wiecznie prześladują „uszkodzone umysłowo” sądy? O „Mesjaszu włoskiej ziemi", który właśnie się rozwodzi? A może o tych „fiutach” z opozycji? W każdym razie showman przemawia. O wszystkim. A impetu z jakim wydłuża mu się przy tym nos, pozazdrościł by nawet jego rodak - Pinokio (Może to nie przypadek, że Berlusconi jest producentem filmu o drewnianym pajacyku). Ale Włochom to jakoś nie przeszkadza.
Pilota do ręki nie wzięli jednak tylko oni. W ekran wpatrzona jest również cała Europa oraz reszta świata po to, żeby następnego dnia zbombardować opinię publiczną jednoznacznymi tytułami swoich gazet. Dziennikarze nie pozostawią suchej nitki na bohaterze tych nagłówków, mimo tego cała krytyka pudłuje. Dotrze tylko do tych, którym w gruncie rzeczy do niczego nie jest potrzebna. „Król cwaniaków” i tak starannie wypoleruje swój obity z każdej strony wizerunek. Ma od tego ludzi. Rodzina Berlusconich posiada koncern Fininvest Group, który kontroluje największą prywatną telewizję Mediaset oraz Arnoldo Mondadori Editiore – jedną z kluczowych na włoskich rynku firm wydawniczych. Należy tu podkreślić, że większość Włochów za główny kanał zdobywania informacji uznaje właśnie telewizję.
Nasuwa się pytanie: w jaki sposób kraj o dorobku kulturalnym, nad którym wzdychają wszyscy, stał się ikoną „świata bez polityki”? Czemu Półwysep Apeniński zmienił się w postpolityczne akwarium, w którym populiści to złote ryby zręcznie wymachujące retoryką radykalnej zmiany po to tylko, żeby obiema rękami zakryć status quo.
Wszystko zaczęło się w połowie lat 90-tych. Prawa strona sceny politycznej chwiała się od jakiegoś czasu i runęła, kiedy przed sądem stanęło ponad trzystu posłów chadecji. Afera korupcyjna, z którą byli powiązani, zrobiła sporo miejsca dla świeżej krwi. Ta szybko popłynęła jako Forza Italia. Jej założyciel, właśnie Berlusconi, w ciągu dwóch miesięcy spił śmietankę i został premierem. Kluczem do tego fenomenu była „ZMIANA”, na którą czekali włoscy telewidzowie-wyborcy i która zaskoczyła ich w kolejnym odcinku serialu pod tytułem „kampania wyborcza”. Jego główny bohater, opakowany właśnie w hasło zmiany, stworzył hiperrzeczywistość pełniejszą nawet od tej, o której pisał Jean Baudrillard. Uosabiał wszystko, za czym tęsknił Półwysep: sukces, bogactwo, przedsiębiorczość. Ale co w rzeczywistości powstało nad Tybrem?
Berlusconi stworzył tam własną firmę, którą nazywa „Włochy”. Cała Europa śmieje się i płacze na przemian, kiedy kolejny raz widzi jego nazwisko wołające z pierwszych stron gazet. Co tym razem? Afera korupcyjna? Do tego już nas przyzwyczaił, więc może coś innego. Ksenofobia, rasizm? Bez wątpienia, skoro gwiazdor zbudował koalicję, w nazwie której słowo „wolność” ma być chyba ponurym żartem. Co prawda niektórych śmieszy. Maroniego, Bossiego i Finiego na pewno. W „trosce” o obywateli sojusznicy prześcigają się w pomysłach: uzbrojone wojsko na ulicach, powszechne opłaty za edukację albo zmiany prawa w sposób, który umożliwi politykom koalicji „kreatywną księgowość”. Wszyscy czekają na nowe produkty Berlusconiego i spółki, chociaż doskonale wiadomo, że oprócz efektywnego opakowania niewiele będzie je różnić od poprzednich.
Wracając do pytania sprzed trzech akapitów, nie sposób nie wymierzyć pstryczka kondycji politycznej Włochów. Dopóki będą przyjmować za dobrą monetę wszystko, czego nauczy ich belfer Silvio, dopóty swoich praw będą poszukiwać grzebiąc w ruinach polityki. Może jednak, przy którymś kieliszku Chianti, najdzie ich refleksja i zastanowią się czy aby na pewno są jeszcze obywatelami, czy debata publiczna zmieniła już nazwę na Mediaset. Może wtedy zdecydują, żeby komiksy ze swoim „superbohaterem” oddać na makulaturę.



Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz