Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Lena Bera: No, you cant


20 listopad 2008
A A A
Zarówno Gordon Brown, jak i David Cameron zaangażowali się w walkę o „kojarzenie się z Obamą”. Bez względu jednak na to który z nich wygra brytyjskie wybory parlamentarne w 2010 roku, to w stosunku do Baracka Obamy będzie postacią przygnębiająco zwyczajną.

Gorące emocje związane z wyborem Barcka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych dały się również odczuć na Wyspach Brytyjskich. 5 listopada podczas „co tygodniowych pytań do premiera”, Gordon Brown oraz lider partii opozycyjnej David Cameron współzawodniczyli w wygłaszaniu hymnów pochwalnych na cześć Baracka Obamy. Obaj liderzy zaangażowali się w walkę o „kojarzenie się z Obamą”, w nadziei zwiększenia swojego poparcia wśród zafascynowanych czarnoskórym zwycięzcą Brytyjczyków. Wydaje się jednak, że zarówno do lidera Partii Pracy jak również Partii Konserwatywnej bardziej pasuje slogan „no, you can’t”.

Większość czołowych polityków Partii Konserwatywnej dopatruje się wspólnych cech swojego lidera z demokratycznym przywódcą z USA. Dokonuje się płytkiego porównania: Barack Obama zaoferował swoim rodakom zmianę, którą również proponuje David Cameron. Po drugie pomimo braku doświadczenia w piastowaniu wysokich stanowisk państwowych Obama wygrał wybory, co niewątpliwie zwiększa szanse na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych niedoświadczonemu Cameronowi. Podczas środowej rundy pytań David Cameron przypomniał szydercze stwierdzenie Gordona Browna „To nie jest czas dla nowicjuszy” i zapytał czy z takimi gratulacjami zwrócił się do Baracka Obamy.

Wydaje się, że jeżeli amerykański elekt poradzi sobie jako prezydent z kryzysem ekonomicznym, będzie to kluczowy argument dla Partii Konserwatywnej, że tego typu kryzysy najlepiej są rozwiązywane przez osoby nowe. Na korzyść Torysów wpływa również fakt, że Brytyjczycy są rozczarowani i zmęczeni rządami Laburzystów. „Obamomania”, która ogarnęła cały demokratyczny świat, może utwierdzić Brytyjczyków w przekonaniu, że warto oddać swój głos na kogoś nowego.

Jednakże, Torysi mogą wskazać tylko na powierzchowne podobieństwa swojego lidera z Obamą. Opanowany i stosunkowo młody David Cameron jest również całkiem dobrym mówcą, chociaż daleko mu do zdolności oratorskich Obamy. Z drugiej strony, różnice są ogromne. Barack Obama jest synem Kenijczyka byłego pasterza kóz, dorastał na Hawajach i w Indonezji. Natomiast David Cameron jest synem maklera giełdowego, który wychowywał się w hrabstwie niedaleko Londynu. Obama rozpoczął swoja karierę jako społecznik w biednej, południowej części Chicago. Cameron trafił prosto z Oksfordu do departamentu Partii Konserwatywnej zajmującego się badaniami naukowymi. Obama od początku głosił hasła zażegnania pierwotnych różnic społecznych oraz odbudowy zniszczonej przez wojnę w Iraku amerykańskiej reputacji. Cameron jest otwarcie sceptyczny wobec wielkich zmian,. W przeciwieństwie do Obamy, który stworzył publiczny wizerunek od zera, Cameron musi borykać się z istniejącymi w świadomości obywateli złymi wspomnieniami po konserwatywnym poprzedniku.

Jak na wybór Obamy zareagowali Laburzyści? Gordon Brown w trakcie odpowiedzi na parlamentarne pytania podkreślał, że podobnie jak Barack Obama, jest zwolennikiem postępowych idei. Stwierdził, że w obliczu ekonomicznego kryzysu tylko partie centro-lewicowe są zdolne skutecznie sobie z nim poradzić. Problem w tej analogii jest jednak dobitny. Gordon Brown jest urzędującym premierem, który przez 10 lat był ministrem finansów w gabinecie Tonego Blaira. To właśnie jego obwinia się za błędy z przeszłości, które zaważyły na głębokości obecnego problemu finansowego. Obama startuje z zupełnie nowej pozycji, tak więc upatrywane w nim nadzieje zdają się być uzasadnione.

Gordon Brown ma również nadzieje, że zmiana warty w Białym Domu, polepszy jego własną pozycje międzynarodową. Wydają się to być zdecydowanie błędne oczekiwania, bowiem postać nowego prezydenta USA raczej zmniejszy niż wzmocni pozycję brytyjskiego premiera. Już wkrótce nie tylko Gordon Brown ale również Nicolas Sarkozy zostaną przyćmieni amerykańskim prezydentem-elektem.

Bez względu na to czy w wyborach parlamentarnych w 2010 roku wygra lider Torysów czy Laburzystów to w stosunku do Baracka Obamy będzie postacią przygnębiająco zwyczajną, tak jak miało to już miejsce za czasu gabinetu Harolda Macmillana i niezwykle barwnej prezydencji JFK.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.