Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Miłosz J. Zieliński: Wybory prezydenckie na Białorusi - relacja

Miłosz J. Zieliński: Wybory prezydenckie na Białorusi - relacja


24 grudzień 2010
A A A
Jeśli ktokolwiek miał nadzieję, że wybory na Białorusi będą wolne i nieskrępowane, był albo naiwny, albo okazał się zupełnym ignorantem. W żadnym wypadku nie można mówić o zeszłotygodniowym głosowaniu jako wydarzeniu, które choć w połowie spełniałoby standardy świata zachodniego.
Głosowanie na Białorusi to festyn, a nie poważny proces, o którego niezakłócony przebieg dbają wszyscy świadomi obywatele. Największą bodaj korzyścią dla przeciętnego Białorusina wynikającą z wrzucenia głosu do urny jest fakt, że przy okazji może zjeść pirożki i draniki znacznie taniej niż zazwyczaj. Będzie przy tym obsługiwany przez Snieguroczkę, wnuczkę Dziada Mroza. Wypije potem setkę wódki, uśmiechnie się do milicjanta i pójdzie do domu cieszyć się z ciepłych kaloryferów, wody w kranie i 250 dolarów miesięcznej pensji.
To nie przesada. W dzień wyborów miejsca głosowania składają się z dwóch części. Jedna to izba z urnami, komisją i obserwatorami (czasami można dodać doń choinkę, o czym dalej), druga zaś to kram zaopatrzony lepiej niż większość sklepów. Nie może, co oczywiste, zabraknąć wódki, zarówno sprzedawanej na setki (przecież 50-tką prawdziwy Wschodniosłowianin powinien gardzić), jak i w butelkach.
Dopełnieniem tej cudownej atmosfery są kapele ludowe i występy dzieci, przede wszystkim na wsi. Udało się nam dotrzeć do jednej z komisji pod Mohylewem właśnie w porze występów zespołu folklorystycznego. Panie i panowie ubrali się bardzo interesująco, zaśpiewali i zatańczyli kilka przemiłych utworów, a wszystko działo się dwa metry od urny wyborczej. Zaproponowano nam wódkę i inne dobroci (oczywiście odmówiliśmy), posadzono na honorowym miejscu i umizgiwano się co niemiara.
Białorusini powiadają, że wybory to dla nich święto i dlatego organizują występy, recytacje wierszy, dziecięce dramy i inne atrakcje. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że wszystko to jest oferowane przez władzę, która sprzedaje często trudno dostępne dla przeciętnego mieszkańca towary (np. mięso) po zaniżonych cenach i zachęca do sielskiej atmosfery przy głosowaniu. W kilku wiejskich komisjach nie widać było ani krzty skupienia i dbałości o przebieg głosowania, a jednocześnie każda wizyta obserwatorów OBWE i rozmowa z komisją wyborczą kończyła się gorącymi prośbami, by napisać w kajeciku, jak im się podobało (tzn. jak BARDZO im się podobało, bo przecież na pewno się podobało) i czy widzieli jakieś nieprawidłowości (oczywiście, że NIE widzieli). Wystarczy odrobina przesadnej dobroci w sercu i można znaleźć się w poważnych tarapatach.

Procedury wyborcze były nagminnie łamane. Obserwatorzy, zwłaszcza lokalni, nie mogli swobodnie przyglądać się czemukolwiek. No, może z wyjątkiem choinki, która w jednej z komisji została ustawiona tuż przed ich oczyma. Rozplanowanie miejsca pozostawiało wiele do życzenia. Mężczyzna, który zwrócił na to uwagę, rozsierdził komisję tak bardzo, że przewodnicząca w pewnym momencie powiedziała, by przemyślał swoje życie (w końcu Bóg już go potępił). Na szczęście na odsiecz pospieszył jej człowiek w stroju narciarza (to nic śmiesznego, 50 km od Mińska znajduje się kurort, w którym można poszusować) i rozpoczął pełną ciekawych momentów dyskusję przypominającą agitację lub prowokację.
Obojętnie, czy miałem do czynienia z małym czy dużym pomieszczeniem, centralnym punktem była zawsze komisja, z wyraźnie wydzielonym stołem dla przewodniczącego i sekretarza. Urny były częstokroć ustawione tak, że ledwo było widać ich czubek. Co więcej, spotkałem się z sytuacją, w której kabiny wyborcze (w zasadzie stelaż i zasłony) były ustawione w poprzek korytarza, przez co wejść można do nich było z dwóch stron - w sposób prawidłowy, od komisji, i z głębi budynku! Jakby tego było mało, urny były tak nieszczelne, że nawet plomby nie przeszkadzały we wsunięciu kart do środka.
Liczenie głosów było zwykłym nadużyciem uprawnień komisji. Większość obserwatorów nie widziała stołu, na którym leżały wysypane z urn karty do głosowania. Uznawanie głosów za ważne lub nieważne było wybitnie arbitralne. Głos oddany w sposób nieważny, na którym krzyżyk postawiono przy nazwisku, a nie w specjalnym kwadraciku, został zaliczony kandydatowi - ciekawe, komu? Komisja wytłumaczyła, że wyborca to starszy człowiek (schował się w urnie na czas głosowania, a o 20 wyskoczył z niej, by zaprezentować siebie i metrykę?), a jego intencja była jasna. Intencja intencją, a prawo prawem.
Odniosłem wrażenie, że Białorusini potrzebowali obserwatorów międzynarodowych, by całemu światu powiedzieć, że przeprowadzili wybory w sposób w pełni demokratyczny. W styczniu bieżącego roku zaś Ukraińcy wybierający prezydenta potrzebowali nas, byśmy zapewnili przejrzystość całego procesu. Dzisiaj wracam do kraju i gdyby nie to, że raport OBWE nie pozostawił żadnych wątpliwości władzom i naiwnym, powiedziałbym: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.
 
Autor był obserwatorem z ramienia OBWE/ODIHR podczas wyborów. Artykuł ukazał się również na prywatnym blogu autora.